sobota, 25 stycznia 2014

LIEBSTER AWARD


Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za ,,dobrze wykonaną robotę”. Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował.

Zostałam "podwójnie" nominowana do Liebster Award za co naprawdę bardzo dziękuję~!


Mam nadzieję, że nie przeszkadza nikomu, że całą nominację wypisałam o tutaj: Let's play a Game ~
ROCZNICA


Rating: NC-13
Pairing: XiuChen [Xiumin x Chen]
Rodzaj: one-shot, fluff
Ilość: 7 624
POV: Chen

Wszedłem po cichu do pokoju, ostrożnie zamykając drzwi nogą. Podszedłem do łóżka, na którym spał, owinięty kocem, Xiumin. Uśmiechnąłem się, widząc rozczochrane rudawe włoski, roześmianą buźkę i zarumienione policzki. Zjechałem wzrokiem wzdłuż ciała starszego, czując jak z każdą chwilą mój uśmiech się poszerza. Zatrzymałem spojrzenie na wpół odsłoniętym, nagim brzuszku i oblizałem dolną wargę. Odstawiłem tacę ze śniadaniem na stolik i jak najciszej, jednocześnie jak najdelikatniej usadowiłem się na biodrach chłopaka. Ręce ostrożnie wsunąłem pod materiał koszulki i zacząłem przejeżdżać palcami wzdłuż jego boków. Doskonale wiedziałem, że są to czułe punkty Minseoka. Jeszcze chwila, a będzie się zwijał pode mną ze śmiechu.
Nie przerywając czynności, obserwowałem uważnie mimikę twarzy partnera; początkowo na jego buzi gościł błogi spokój, lecz chwilę później zaczął marszczyć czoło, otwierać i zamykać usta jakby próbował coś powiedzieć. Roześmiałem się i wyczuwając, że starszy zaczyna się budzić, pochyliłem się w jego kierunku, łącząc nasze usta w czułym pocałunku. Zabrałem ręce z jego ciała i skierowałem je na jego policzki. Oderwałem się od jego ust, kciukami zaczynając pocierać jego dolną wargę.
- Hyung, obudź się. Zrobiłem śniadanie. Zjedz póki ciepłe.
W odpowiedzi dostałem jedynie mruknięcie i próbę zrzucenia z siebie. Próbował się przekręcić na bok, ale mój ciężar skutecznie mu to utrudniał.
- Hyuuung, obudź się. Zrobiłem wesołe tosty!
Obserwowałem jak powoli unosi powieki, dając swoi oczom możliwość dojrzenia mojej osoby.
- Co masz na myśli mówiąc wesołe tosty? Podpaliłeś biednemu Dyo kuchnię?
- Humpf! No wiesz! Tym razem byłem grzeczny, niczego nie spaliłem, a nawet lepiej, bo posprzątałem po sobie! Powinieneś być dumny…
- Ależ jestem, lecz wciąż nie wiem co miałeś na myśli, mówiąc o wesołych tostach… - Podniósł się w trybie natychmiastowym i spojrzał na mnie wystraszony. – Tylko mi nie mów, że poćwiartowałeś Chanyeola, zmiksowałeś jego kawałki i nadziałeś masą tosty…
Spojrzałem na niego sceptycznie i uniosłem brew.
- Świetny pomysł, ale nie. Wykroiłem środek, by był w kształcie głowy, oczka i usta. I tak oto powstały wesołe tosty. Koniec bajki.
Zanim z niego wstałem pochyliłem się ostatni raz w jego kierunku i złożyłem na bladoróżowych wargach motyli pocałunek. Uśmiechnąłem się, widząc, że chłopak coraz bardziej się rozbudzał. Podszedłem do stolika, na którym zostawiłem tacę ze śniadaniem i wróciłem do kochanka, tym razem sadowiąc się obok niego, a tacę kładąc tuż przed nim.
- Teraz zjedz grzecznie, umyj się i ubierz, a jak będziesz gotowy, zejdź na dół.
Obdarzyłem go czułym uśmiechem i opuściłem pokój, pozostawiając zdziwionego chłopaka w środku.
Nie minęło nawet trzydzieści minut, gdy usłyszałem – będąc w spiżarni – odgłos zbiegania ze schodów. Wyszedłem z pomieszczenia, gasząc światło i zamykając za sobą drzwi. Udałem się na przedpokój, gdzie znalazłem Minseoka ubranego w czarne jeansy, waniliowy sweter i tego samego koloru skarpetki. Roześmiałem się cicho pod nosem i wziąłem beżowy szalik z komody, który chwilę później wylądował na szyi starszego.
- Ubieraj się Minnie, wychodzimy.
- Hę? Dokąd?
- To niespodzianka. – Mrugnąłem do niego, czując jak na moich ustach pojawia się rozbawiony uśmiech. Doskonale wiedziałem, że rudowłosy nienawidzi niespodzianek i zasypie mnie zaraz lawiną pytań.
- Yah, Jongdae! Natychmiast masz mi powiedzieć!
- Jak się wygadam to z niespodzianki nici.
- Ale nie wrzucisz mnie pod koła ciężarówki, nie zaprowadzisz do masarni i nie przerobisz na mięso do hamburgerów? – Spojrzał na mnie z widoczną obawą w oczach i cofnął się parę kroków w tył, aż natrafił plecami na ścianę.
Wykorzystałem tę sytuację, zmniejszając dzielącą nas odległość i opierając ręce po bokach jego głowy.
- Jeśli za chwilę się nie ubierzesz, nie przestaniesz wypytywać i   nie przestaniesz gadać jakichś bzdur prawdopodobnie żywcem wyjętych z wczorajszego filmu, to skorzystam z którejś propozycji. – Wyszeptałem te słowa do ucha chłopaka, licząc na pozytywny odbiór.
Nim się obejrzałem, Minseok stał całkowicie ubrany do wyjścia na dwór. Pokręciłem z rozbawieniem głową i sam odziałem ciepłe ubranie na swoje ciało.
Wyszliśmy, łapiąc taksówkę i jadąc w zaplanowanym przeze mnie kierunku. Dotarliśmy na miejsce po niecałej godzinie. Nie sądziłem, że tyle na to zajmie. Niestety ktoś postanowił dostarczyć służbom policyjnym, jak i sanitarnym dodatkowej pracy i stworzyć karambol w centrum, złożony z pięciu samochodów i tira. Z tego co można było zobaczyć, nie było ofiar śmiertelnych, lecz było sporo rannych. No cóż, na głupotę ludzką nic się nie poradzi. Mogli obejrzeć telewizję czy posłuchać radia i dowiedzieć się, że jest bardzo ślisko na drogach…
Wsiedliśmy do kolejki, która zabrała nas na Namsan Tower. Wjeżdżając powoli na wieżę, wyjęliśmy telefony, robiąc sobie i wspaniałym widokom miasta, zdjęcia. Dojechaliśmy po piętnastu minutach, gdzie dookoła panował ruch i gwar. Widocznie wiele osób postanowiło sobie umilić dzisiejszy dzień, mimo mrozu i spędzić go przyjemnie na zachwycaniu się pięknem miasta. Skierowaliśmy się z Minseokiem w kierunku sklepiku, w którym sprzedawali naprawdę dobrą gorącą czekoladę. Ustawiliśmy się spokojnie w kolejce, a gdy przyszła nasza kolej, zamówiliśmy i zapłaciliśmy, życząc sprzedawczyni dobrego dnia.
- Mm… Jaka cudowna. Chyba pierwszy raz w życiu piję tak przepyszną czekoladę… - Spojrzałem na rozmarzonego, jednocześnie uszczęśliwionego partnera i uśmiechnąłem się w duszy, ciesząc się, że mu się podoba. Miałem jedynie nadzieję, że cały plan wypali. Cóż… Musi, nie ma wyjścia, gdyż już w połowie się sprawdził.
- Chodźmy do środka. – Po dopiciu ostatnich paru łyków, wyrzuciłem papierowy kubek do pobliskiego kosza i skierowałem swe kroki do pomieszczenia. Po paru minutach dołączył starszy i wspólnie ruszyliśmy do jednego z dwóch głównych punktów dzisiejszego dnia.
Chwyciłem go za rękę i pociągnąłem w kierunku sklepiku z różnymi rzeczami.
- Co my tu… - Obróciłem się w stronę rudowłosego i zaczekałem cierpliwie, aż szok minie.
Znajdowaliśmy się w sklepiku pełnym kłódek, kłódeczek, kluczyków do kompletu, różnych gadżetów związanych z Namsan Tower. Właściciele porządnie zadbali o sklepik, wspaniałomyślnie i prawidłowo połączyli kolorystkę ścian, mebli i akcesoriów. Wszystko poukładali według kolorów tęczy, daty ważności, przydatności itp.
Poprowadziłem starszego w głąb pomieszczenia, dając tym samym znać, że musimy którąś z nich kupić. Oglądaliśmy każda po kolei, braliśmy do rąk i sprawdzaliśmy czy pasuje do nas. Po niecałych dziesięciu minutach znaleźliśmy kłódkę, która obojgu nam się spodobała: nie za duża, nie za mała, w czarno-białe paski z niewielkim czerwonym serduszkiem na środku. Do kompletu dołączony był klucz w kształcie serca. Uciekłem do kasy, by jak najszybciej ją kupić i spełnić kolejne wymogi planu. Wróciłem do chłopaka, siadając tuż obok niego na wysoki stołku.
- To co napiszemy? – Spojrzał na mnie jakby w oczekiwaniu, że coś wymyślę. – EXO tu było?
- Nie głupku. Nie ma reszty zespołu, jesteśmy tylko my, więc to musi być coś o nas… Chcesz pisać?
- Nie, bo nie wiem co. Napisz ty, później zobaczę.
Wzruszyłem ramionami, zastanawiając się czy lepiej już być nie może. Zasłoniłem kłódkę ręką na znak odgrodzenia się, by nie podglądał. Napisałem to co chciałem, w miarę czytelnie, o ile pozwalało na to moje pismo i schowałem gadżet do kieszeni kurtki.
Chwyciłem chłopaka ponownie za rękę i kierując się do windy, pojechaliśmy na drugi z najgłówniejszych, i najważniejszych punktów dzisiejszego dnia.
Chodziliśmy przy barierkach, szukając najdogodniejszego miejsca dla naszego skarbu. Dopiero po paru minutach szukania udało się znaleźć całkiem przyzwoite. Wyciągnąłem kłódkę, przypinając ją do barierki i sprawdzając czy nie spadnie. Na mojej buzi ukazał się wyrazisty, dumny uśmiech. Odsunąłem się, by ukochany mógł dojrzeć wiadomość.
- Coś ty tam… O matko święta! Pamiętałeś… a ja zapomniałem… Ale idiota za mnie… - Pacnął się ręką w czoło, miętosząc w dłoniach kłódeczkę.
Chwyciłem go za ramionami i obróciłem przodem do siebie tylko po to, by złożyć na jego bladoróżowych wargach czuły pocałunek. Włożyłem w niego całą swoją miłość do ukochanego, chcąc pokazać jak bardzo mi na nim zależy, jak wielkim uczuciem go darzę, że nie wyobrażam sobie życia bez niego. Poczułem jego ręce na swojej szyi, delikatnie i powoli ją gładzącą. Do moich uszu dobiegł cichy, przyjemny pomruk, wydobywający się z gardła starszego. Oderwaliśmy się od siebie dopiero wtedy, kiedy usłyszeliśmy ogrom oklasków. Rozejrzeliśmy się dookoła, widząc grupkę gapiów, stojących i bijących nam brawo. Zaśmialiśmy się obaj, kiwając głowami i starając się, bądź raczej modląc, by zajęli się już swoimi sprawami, a nie nam przeszkadzali.
Pobyliśmy na wieży jeszcze parę minut, obdarzyliśmy się paroma pocałunkami, po czym zebraliśmy się i udaliśmy z powrotem do domu, zostawiając dowód naszej miłości wśród innych.


20/01/2014
Wszystkiego najlepszego z okazji naszej pierwszej rocznicy. Razem. Na zawsze i na wieczność. M & J


niedziela, 12 stycznia 2014

OGŁOSZENIE PARAFIALNE #FOUR

Przedstawiam wam listę fanficów, które pojawią się w najbliższym czasie:

1.      Krysber [Krystal x Amber]
2.    XiuChen [Xiumin x Chen]
3.    Jimope [Jimin x J-hope]
4.    GokuYama [Gokudera x Yamamoto]
5.    AkiMasa [Akihiro x Masahiro chapter II]
6.    Taoris [Tao x Kris chapter II]

piątek, 27 grudnia 2013

~ ZAMÓWIENIE DLA G. ~

NO.1 x NO.2

ALL I WANT FOR CHRISTMAS IS YOU


Rating: PG-13
Pairing: Taoris
Rodzaj: one-shot, angst, fluff
Ilość: 13 103
POV: Tao

Siedziałem na parapecie i obserwowałem jak za oknami zaczyna któryś raz z rzędu prószyć delikatny śnieg, na dzieci bawiące się i tworzące aniołki ze śniegu, na młodych ludzi, którzy szczęśliwi i pełni trosk nie przejmowali się ani pracą, ani większymi przygotowaniami do zbliżającej się Wigilii czy nawet wyborem prezentu dla ukochanej osoby.
Siedziałem i rozmyślałem nad swym marnym losem. Z powodu porannej burzy śnieżnej odwołano wszystkie loty do Pekinu, skąd miał mnie odebrać tata. Utknąłem w Korei Południowej z zespołem (nie to bym narzekał), ale… Właśnie. Pojawiało się to niefortunne ,,ale’’. Tu nie chodziło o przygotowanie potraw, przyniesienie do domu choinki i ubranie jej, przygotowanie stołu, krzeseł, nakryć i innych rzeczy. Tu nie chodziło już nawet o to, że nie spędzę świąt z rodziną; z mamą, która piecze najlepsze pierniczki na świecie, z tatą, z którym każdego roku (nieważne, że jestem już za duży na to) przystrajam choinkę i wieszam gwiazdę na czubku, z dziadkami, z którymi śpiewam kolędy i droczę się na temat prezentów: czy byłem dobrym chłopcem, czy też nie. Nie, to nie o to chodziło. Chodziło o to, że darzyłem głębokim uczuciem lidera EXO-M, który praktycznie nie zauważał moich starań o swoje względy. Cały czas, bez przerwy przebywał w towarzystwie Yixinga – cholernego jednorożca, który nic nie robił tylko udawał, że leczy ludzi. Kkk. Dobre sobie. Chyba nikt go nie uświadomił, że życie to nie bajka tylko okrutna, nienawidząca Cię rzeczywistość.
Siedziałem, opierając czoło o zimną szybę i rozmyślałem o samotnych świętach. Niby nie powinienem tak myśleć. Bo jak nie Kris to przecież miałem przyjaciół. Ale oni to nie to samo co pierwsza miłość. Nie to samo…
- A więc tu jesteś! – Moje rozmyślania przerwał czyjś okrzyk i ciche wkroczenie do zaciemnionego pomieszczenia, oświetlonego jedynie tarczą już wschodzącego Księżyca, a dokładniej jego blaskiem próbującym wedrzeć się głębiej do pokoju mojego i menadżera.
- Uhm.
- Chodź na dół. Wszystko już przyszykowane, prezenty złożone, potrawy na stole. Wszyscy czekamy już tylko na Ciebie.
- Naprawdę muszę schodzić? – Jęknąłem zrozpaczony i spojrzałem na przybysza, którego rozpoznałem już po samym zatroskaniu się o moją osobę.
- Stało się coś? – Joonmyeon podszedł bliżej i położył mi dłoń na czole, chcąc chyba sprawdzić czy nie mam przypadkiem gorączki.
- Trochę źle się czuję… Ale to nic poważnego.
- Skoro to nic poważnego to jazda na dół bez dyskusji. Jeszcze rano byłeś zdrów jak ryba, a teraz niby coś Ci dolega? – Prychnął cicho i chwycił mnie za nadgarstek, wyciągając z pokoju i ciągnąc na dół do ludzi.
Westchnąłem cicho, stojąc i przypatrując się pozostałym. Każdy ubrany odświętnie z jakimś świątecznym gadżetem na sobie typu rogi renifera, czapka Mikołaja, dzwoneczki na szyi (prawie jak u krowy…), z uśmiechem przyklejonym do twarzy i iskierkami w oczach. Wszyscy szczęśliwi i pełni radości, przygotowanych do śpiewania kolęd i dzielenia się opłatkiem. Najgorszą z rzeczy możliwych. Wszyscy, wszyscy, wszyscy… Wszyscy, oprócz mnie.
Taka bida stojąca samotnie w kącie, ubrana jedynie w czarne spodnie, białą koszulę i skarpetki ze wzorkiem reniferów, ciągnących sanie Świętego. Taka sierota, która nie może spędzić tego wspaniałego czasu w gronie rodziny tylko z zespołem, który ma na co dzień. Takie jedno niewiadomo-co przypominające wyrośniętą pandę z wielkimi worami pod oczami (nie, tym razem nie zwalamy winy na wygląd pandy). Takie jedno, wielkie nieszczęście samotnie stąpające po cienkim gruncie. Takie…
- Tao! Zitao, ocknij się! – Zamrugałem parokrotnie, wracając do rzeczywistości i dając znać Xiuminowi hyungowi, że wszystko dobrze. – Weź opłatek.
- Uhm. – Bez niepotrzebnych słów, wziąłem go posłusznie, czując narastające zdenerwowanie. Przez cały czas patrzyłem w podłogę; wzrok unosiłem tylko wtedy, kiedy ktoś do mnie podchodził i składał mi życzenia. Stresowałem się tym co zaraz nadejdzie. Jeszcze tylko Smok został.
Kątem oka obserwowałem jak kończy składać życzenia Jednorożcowi i to był błąd. Obserwowanie jak radośnie się do siebie uśmiechają, przytulają i szepczą sobie na ucho bolało. Sprawiało, że czułem nieprzyjemne ukłucia w okolicy serca, wzrastające zdenerwowanie i zbierające się łzy w kącikach oczu. Przełknąłem ślinę, czując narastającą gulę z gardle. Nie chciałem już dłużej na to patrzeć. Nie mogłem i pobiegłem pędem na górę, wymijając zdziwionych kolegów i cieplutko gruchających kochanków. Chciałem jak najszybciej znaleźć się sam w pokoju.
Wbiegłem do środka, zatrzaskując za sobą drzwi i dopadając lustra. Uniosłem głowę i sam siebie nie poznałem; rozczochrane blond włosy, ciemne cienie pod oczami (wcale a wcale nie przypominające tych, które mają pandy), przekrwione oczy, które nie wytrzymały i z każdą sekundą stawały się wilgotniejsze, słone krople łez ściekające po pobladłej cerze i poniekąd zakrwawione wargi od ciągłego ich męczenia zębami.
Nie mogłem już wytrzymać. Miałem serdecznie dość siebie, niespełnionej miłości, wszystkich śmiechów, chichów, czułości, współczucia. Miałem naprawdę dość wszystkiego. Przetarłem ręką zmęczone oczy i spojrzałem raz jeszcze w lustro. Bo czemu mam się katować widokiem zakochanych gołąbków? Czemu to ja muszę zawsze cierpieć? Nie chcę już cierpieć. Chcę poczuć wolność. Nie chcę żyć, życząc komuś śmierci, nie chcę widzieć szczęścia innych osób, nie chcę cholernych komentarzy, że jak zwykle jestem sam. Nie chcę… się znać.
Pod wpływem wszystkich tych myśli skumulowanych w głowie, zdenerwowania, stresu, zagryzłem kołnierz koszuli i z całej siły uderzyłem pięścią w tarczę lustra, powodując, że ta roztrzaskała się na kawałki, tym samym zadając sobie ból. Odpadające kawałeczki trafiały idealnie w rękę. Uniosłem odrobinę głowę, przymknąłem oczy, czekając, że może któryś z kawałków zlituje się i trafi w pięknie odsłoniętą szyję, kierując się do tętnicy; rozetnie ją i pozbawi mnie beznadziejnego życia.
Czekałem i czekałem, ale nic takiego się nie stało. Przełknąłem ślinę, starając się stłumić falę gwałtownego szlochu. Otworzyłem oczy, ale przez chwilę nic nie widziałem. Obraz całkowicie rozmyty… Może tak ma być? Zamrugałem parę razy, chcąc chociaż trochę zobaczyć szkody jakiej narobiłem. Dookoła mnie leżało roztrzaskane na kawałki szkło. Nie myśląc ani chwili dłużej, chwyciłem jeden z nich (najostrzej wykończony) i przystawiłem sobie do ręki, chcąc sobie podciąć żyły.
- Przepraszam… przepraszam… - Przepraszałem na głos, chcąc sobie choć trochę ulżyć. Czułem potworny ciężar na sercu, ledwo byłem w stanie mówić. Słyszałem swój szept, tak, to chyba był szept.
Nacisnąłem leniwie ostrzem na żyłę i pociągnąłem nim powoli po skórze. Widząc sączącą się wolnym strumykiem krew, przymknąłem oczy, licząc ile trzeba cięć by szybciej ze sobą skończyć.
Dopiero po paru minutach odczułem jak słabnę. Usiadłem na tyłku, czując, że dłużej nie dam rady siedzieć w klęczkach. Oparłem się plecami o łóżko i uchyliłem powoli powieki, sprawdzając swoje dzieło. Naliczyłem około piętnastu cięć, z których leniwie płynęła ciemnoczerwona ciecz. Uśmiechnąłem się i podniosłem ostrze na wysokość oczu.
- A może powinienem sobie wydłubać tym oczy? Byłbym ślepy… - Ale wciąż nieszczęśliwy - podpowiedział mi jakiś głosik w umyśle. – Nah… w sumie racja.
Przymknąłem ponownie oczy, przystawiając sobie szkło do tętnicy. Nabrałem parę razy głębszych (o ile stan, w jakim się znajdowałem mi na to pozwalał) oddechów.
- Przepraszam, że Cię kocham Gege… - I nie czekając ani sekundy dłużej, powoli kierowałem ostrze na tętnice. Już czułem lepki (umazany w krwi) czub na skórze, gdy nagle coś, bądź ktoś wyszarpał mi szkło z ręki. Jęknąłem ledwo przytomnie i po omacku szukałem dłonią innego kawałka. Nie obchodziło mnie kto mnie powstrzymał. Chciałem po prostu szybciej ze sobą skończyć. Chciałem…
- Co Ty wyprawiasz idioto?! – Mruknąłem cicho, słysząc czyjś znany, lecz jakby odległy głos. Przecież tyle razy go słyszałem, więc dlaczego nie mogłem rozpoznać do kogo należał? – Otwórz oczy Zitao! Otwórz oczy! Tao do cholery!
Usłyszałem osobę trzecią, która niosła w naszym kierunku miskę z… wodą? Usłyszałem nieprzyjemny dźwięk rozdzieranego materiału, a chwilę później zimny dotyk owego materiału na ręce. Chyba ktoś chciał zatamować krwawienie.
- Głupku! Otwórz te cholerne oczy! Proszę! Nie takiego prezentu oczekiwałem na święta! – Słyszałem rozpacz w dobrze znajomym mi głosie, ale wciąż nie potrafiłem stwierdzić do kogo należał. Joonmyeon? Kyungsoo? Xiumin? Nie… To nie ich głos…
 Kolejną chwilę później (po zatamowaniu krwawienia i dziwnym trafem sprzątnięciu rozbitego szkła) poczułem coś mokrego, jednocześnie chłodnego tuż przy wargach. Nie wiem co to było, ale kazali mi pić. Przez wciąż utrzymującą się gulę w gardle ciężko mi to szło, ale udało się przywrócić mojemu wycieńczonemu organizmowi odpowiednią ilość nawodnienia.
- Joonmyeon proszę, zostaw nas samych.
- N-Na pewno?
- Na pewno. Poradzę sobie.
Dźwięk cicho zamykanych drzwi. Czyjeś sapnięcie i odgłos przemieszczania się. W tym samym momencie poczułem jak ktoś usadawia się między moimi nogami, opierając ręce na moich lekko ugiętych kolanach. Dotyk przenoszący się wzdłuż tułowia, jakby badając czy nie ma innych ran, następnie ramiona, aż w końcu dotyk czyichś ciepłych, dużych dłoni na policzkach.
- Otwórz oczy Pando. Proszę.
- Zostaw mnie. Nie chcę Cię widzieć! Idź sobie…
- Nie pójdę, póki nie powiesz mi co się dzieje.
- …
- Tao, proszę.
- …
- Zitao. Martwię się.
- … O mnie się martwisz? Wracaj lepiej do swojego chłoptasia! Po co się przejmujesz takim bezwartościowym śmieciem jak ja?
- O czy Ty mówisz?
 Zagryzłem wargę, starając się nie rozpłakać, a szczególnie nie przy liderze. Zacisnąłem mocniej powieki i odczekałem parę minut, mając nadzieję, że starszy da sobie spokój i go zostawi. Minęło dziesięć minut, piętnaście, dwadzieścia, może nawet półgodziny, a Wu Fan ani be, ani me, ani kukuryku. Jak siedział, tak siedzi. I się na mnie gapi – dopowiedziałem sobie w myślach.
- Ponawiam pytanie: O czym Ty do mnie mówisz?
- Ugh! – Otworzyłem powoli oczy, ukazując niedoszłej miłości jak bardzo przez niego cierpię. Mrugałem kilkakrotnie, starając się powstrzymać napływające łzy. Poruszyłem zranioną ręką i o dziwo nie odczułem bólu, jakiego oczekiwałem. Zacisnąłem obie dłonie w pięści, by chwilę później je rozluźnić. – Zabierz. Te. Ręce.
- Nie.
Zacisnąłem ponownie dłonie w pięści i zacząłem okładać nimi klatkę piersiową Wu Fana. Poczułem jak zbiera się we mnie gniew, że wpadł w nieodpowiedniej chwili, że śmiał mi przerwać mój rytuał. Biłem go tak mocno, jak tylko byłem w stanie i na ile pozwalała mi pocięta dłoń. Nie wytrzymałem i zacząłem płakać, wyrzucając z siebie wszystko to, co mi leżało na sercu.
- Wracaj do swojego Yixinga, który myśli, że życie to bajeczka dla dzieci, że wszystkie chwyty dozwolone, że myśli, że ma prawo ranić inne osoby. Mam dość Ciebie i całego świata! Mam dość, że musiałem tu zostać przez tą cholerną zamieć śnieżną, że nie pozwoliła mi spędzić tych świąt z rodziną! Mam dość, że muszę oglądać codziennie twoją facjatę nad wyraz szczęśliwą, kiedy tylko uda Ci się dotknąć i spotkać z Jednorożcem! Mam dość siebie, że nie potrafię do Ciebie po prostu podejść i powiedzieć jak bardzo mi na Tobie zależy! Nienawidzę tego wstrętnego uczucia, kiedy widzę Ciebie i Jednorożca razem! Nienawidzę się za to wszystko! Nienawidzę, nienawidzę! Chcę umrzeć! Cały świat jest przeciw mnie! Jak umrę to wszyscy będą mieli ode mnie spokój, będą szczęśliwsi, każdy będzie mógł być z tym kim chce! Nienawidzę świąt, dzielenia się opłatkiem, nienawidzę wszystkiego co ludzkie, nie cierpię tego świata! Wiesz jaką ulgę czułem, gdy zadawałem sobie ból?! W końcu mogłem się odprężyć! W końcu mogłem sobie ulżyć, w końcu… w końcu mogłem być szczęśliwy…
Podczas wyżalania się, co mi leży na sercu, w pewnym momencie przestałem okładać chłopaka pięściami. Zamiast tego ściskałem, a dokładniej wpijałem się palcami w jego ramiona. Przeniosłem wzrok na jego twarz i szczerze… to aż mnie zatkało. Wu Fan był w niemałym szoku po tym co przed chwilą usłyszał. Siedział i wpatrywał się w moje oczy. Nie poruszał się, nie wydał także żadnego dźwięku. Jedynie co świadczyło o tym, że żyje była spokojnie unosząca się klatka piersiowa i drgający podbródek. Wytarłem oczy rękawem koszuli i spuściłem wzrok ponownie na jego klatkę piersiową.
- Proszę… powiedz coś. Nie chcę byś milczał. Powiedz nawet to, że mnie teraz nienawidzisz… Po prostu… Odezwij się… - Jęknąłem wręcz błagalnie, chcąc jakoś obudzić go z dziwnego transu. Siedziałem i czekałem, lecz zamiast słów usłyszałem parsknięcie. – Yah! Co Cię tak bawi Gege?!
- Ty głupolu! Znaczy, z jednej strony mnie to bawi, a z drugiej smuci. Po prostu nie mogę zrozumieć jak mogłeś myśleć, że mnie i Yixinga coś łączy? Znaczy tak… coś nas łączy, a tym czymś jest tylko przyjaźń. Nie kocham go, bo mam kogoś innego na oku. Poza tym, Lay ma Suho. Cieszy mnie to, co powiedziałeś. Wiem już co Ci leży na serduszku, wiem gdzie popełniłem błąd i uwierz mi, czuję się z tym okropnie. Nigdy nie zamierzałem Cię zranić, nie chciałem być płakał, a tym bardziej nie chciałem byś odbierał sobie życie! Nie jesteś kotem, który ma siedem czy tam dziewięć żyć. Jesteś człowiekiem, który ma jedno, najcenniejsze życie; takie które miewa wzloty i upadki, przyjemniejsze i gorsze chwile. Masz takie życie, któremu zazdrości każde dziecko, które nie jest w stanie dożyć tyle co Ty. Życie jest zbyt krótkie na rozpacze i rozterki, zbyt krótkie… Jest tyle rzeczy do zrobienia, któryś jeszcze nie robiłeś, a chciałbyś spróbować.
- Nhmpf. Niby co takiego?
- Na przykład chciałbyś się do mnie przytulić, poczuć moją miłość, ciepło ode mnie bijące. Chciałbyś czuć jak przeczesuję swoimi palcami po kosmykach Twych włosów, jak składam pocałunki na Twej buźce, a szczególnie na…
- Nie kończ! N-Nie kończ, proszę.
- Spójrz na mnie Tao.
Pociągnąłem nosem i powoli uniosłem głowę do góry, napotykając tym samym baczne spojrzenie Krisa. Podchwycił moje spojrzenie i uśmiechnął się, nachylając w moim kierunku i składając na mym czole delikatny pocałunek. Zadrżałem pod jego dotykiem i zacisnąłem mocno powieki, sądząc, że teraz to sen a nie jawa.
- Dla-Dlaczego więc wydawałeś się taki spoufalony z Jednorożcem? – Wyszeptałem cicho, czując wyraźną ulgę, że gula powoli zanika.
- Szukałem dla Ciebie odpowiedniego prezentu. Nie chciałem Ci kupować jakichś gadżetów z pandą, czy toreb firmy Gucci. Chciałem czegoś oryginalnego, a on był jedyną osobą, która nie myślała o zabawkach z sex-shopu czy innych dziwactwach.
- Ja… Ja nie mam nic dla Ciebie… - Szepnąłem zrozpaczony i poczułem jak do moich oczu ponownie napływają łzy.
- Ejejejej! Nie płacz! Nie kupiłem Ci nic. Znalazłem inny sposób na to. Może będzie trochę oklepany i pewnie nie w moim stylu, ale to będzie prezent od serca.
- Jaki? – Spojrzałem na niego z zaciekawieniem i przesunąłem ręce na kołnierz jego koszuli pobrudzonej moją krwią.
Obserwowałem jak Kris podsuwa się bliżej, przesuwa jedną rękę na moją szyję, a drugą na podbródek i chwilę później poczułem jego ciepłe wargi na swoich. Nie śpieszył się, całował delikatnie, oczekując chyba wzajemnej współpracy. Uspokoiłem się i przyciągając go bliżej do siebie za kołnierz, zacząłem odwzajemniać jego pocałunki, z każdą chwilą starając się wpasować w jego rytm. Całowaliśmy się niekrótko i niedługo, ale tak, że zabrakło nam powietrza. W sumie to mi nie przeszkadzało. Póki miałem go obok siebie (a raczej przed sobą), mogłem nawet zginąć bez tlenu. Spojrzałem na niego, uśmiechając się szczerze pierwszy raz od chyba miesiąca i próbowałem uspokoić oddech.
- Gege…
- All I want for Christmas is you.

poniedziałek, 23 grudnia 2013

ŚWIĄTECZNE PORZĄDKI


Pairing: BangLo
Rodzaj: fluff, one-shot
Ilość: 3 451
POV: Zelo

Święta – okres, w którym wszyscy są do siebie przyjaźnie nastawieni. W domu panuje rodzinna atmosfera, nikt sobie nie zachodzi za skórę, każdy dba o dobro drugiego człowieka, odkładając nieproszone ,,ja’’ na bok. Trwają przygotowania do tego czasu, wszyscy sprzątają, gotują, pieką, pomagają sobie nawzajem, a kochane wytwórnie dają swoim podopiecznym wolne na przystrojenie dormu, by było wspaniale, kolorowo i wyglądało, jakby ktoś to wyjął z bajki… Czyżby to była prawda?

- Ale Hyung! – Jęknąłem rozżalony, ciągnąc lidera za nogawkę spodni.
- Co Hyung? Co Hyung? Nie pójdziesz na Wigilię do wytwórni, póki nie posprzątasz swojego pokoju. – Trzymałem kurczowo jego nogawkę, nie dając się oderwać, nawet jak zaczął potrząsać nogą. – Puść mnie do jasnej ciasnej!
- Zelo przestań się wygłupiać! Im szybciej to zrobisz, tym prędzej będziesz miał spokój i więcej wolnego na przygotowanie się. – Przeniosłem zapłakany wzrok na JongUp’a i jęknąłem cicho, czując jak ktoś mną szarpie.
Wiedząc, że nikt nie będzie dalej słuchał moich jęków i skarg, podniosłem się powoli z pomocą Youngjae i powlokłem nogami do łazienki, pogadać z własnym odbiciem, które jako jedynie mnie wysłucha i pocieszy.
- Tylko nie gadaj sam ze sobą! Czas to pieniądz! – Krzyknął za mną główny tancerz i chwilę później mogłem usłyszeć parę, niezbyt groźnych przekleństw pod adresem Himchana. – Za co to?!
- Za niewinność. A teraz chodź do samochodu~
Przesiedziałem w łazience około piętnastu minut, kłócąc się sam ze sobą o rację hyungów. Podrapałem się po głowie, zaciskając mocno oczy i westchnąłem zrezygnowany, patrząc na kubeł pełen wody. Może rzeczywiście powinienem się wziąć? Im dłużej będę to odkładał, tym bardziej nie będzie mi się chciało… Nie czekając ani chwili, chwyciłem ścierki i kubeł, i powędrowałem do swojego pokoju.
Ledwo przekroczyłem próg, gdy moim przytomnym oczom ukazał się istny chaos. Nie wiedziałem, że aż tak źle to wygląda. Mogli wcześniej powiedzieć. Jęknąłem po raz kolejny dzisiejszego dnia i zacząłem przedzierać się przez stertę pudełek po chińszczyźnie, pizz, ubrań i innych, mało zachęcających rzeczy. Podszedłem do wieży stereo, by włączyć muzykę i jakoś umilić sobie sprzątanie. Przecież mi tego nie zabronili. Uśmiechnąłem się pod nosem i z miną męczennika zacząłem świąteczne porządki własnego azylu.
Po godzinie – swoją drogą nie sądziłem, że tyle mi to zajmie – aż sam się zdziwiłem jak ten pokój mógł wyglądać, gdybym tylko o niego dbał. Hej! Nawet podłogę było widać! Nie wiedziałem, że mam dywan… W każdym bądź razie pokój był czysty; pościel była zmieniona, okna, podłogi umyte, dywan odkurzony – wciąż mnie dziwi, że mam dywan! – kurze wytarte, ubrania poskładane i pochowane do szafy, maskotka tygrysa uprana i pachnąca tropikalnym lasem. Zostało jeszcze tylko ustawienie gigantycznego pudła z mniej istotnymi rzeczami na szafie. Zabrałem wszystkie kubły, ścierki, brudne pranie do łazienki i wróciłem do pokoju, siłować się z pudłem. Nie wkładałem wielu rzeczy do niego, więc jakim cudem jest to tak cholernie ciężkie? Stanąłem na palcach, chcąc je wsunąć głębiej – już prawie-prawie było, gdy nagle rozległ się czyjś wrzask i poczułem czyjeś ręce tulące moją głowę do czegoś ciepłego i miękkiego. Skulony spojrzałem na bohatera, który patrzył na mnie ni to zezłoszczony, ni to zmartwiony.
- Nic Ci nie jest? Oberwałeś gdzieś? Głupku, uważaj następnym razem! – Roześmiałem się i wyprostowałem, patrząc na przestraszonego lidera.
- Przepraszam Hyung. Chciałem postawił pudło na szafce, by nie spadło i tak jakoś wyszło, że się wyślizgnęło.
- Ciekawe czemu… Jak tyleż tego napakował to co się dziwisz?
- Przepraszam… - Skuliłem się raz jeszcze, opierając plecami o szafę i spojrzałem na własne stopy, odziane w skarpetki ze wzorkiem reniferów.
- Głupi… Nie przepraszaj. Najważniejsze, że nic nie jest mojemu kochanemu Maknae. – Poczułem delikatny dotyk palców lidera na swym podbródku, a chwilę później czuły dotyk jego warg na swoich. Przymknąłem oczy i kącikami ust, uśmiechnąłem się, obejmując szyję Guka.
- Ne, Hyung.
- Hm?
- Saranghaeyo~
OGŁOSZENIA PARAFIALNE #3

Przepraszam, że dawno nic tu nie dodawałam, ale miałam problemy szkolne i prywatne + brak czasu. Mam zaległe zamówienie, które (na pewno!) pojawi się w tym tygodniu. J

Prócz tego życzę Wam wesołych i spokojnych świąt, mnóstwa prezentów, gadżetów związanych z Azją, pięknych wspomnień z tegorocznych świąt i przyjemnej atmosfery rodzinnej~

Wolny czas, więc oczekujcie paru ficzków:

~ Taoris dla G.
~ BangLo
~ XiuChen
~ II rozdział Loży Szyderców
~ II rozdział Tak wiele pytań – Tak mało odpowiedzi
~ Gokudera x Yamamoto


AZJATYCKICH & WESOŁYCH ŚWIĄT J !

sobota, 9 listopada 2013

Obietnica Demona



Pairing: SuChen [Suho x Chen], 
poboczny ChanWoon [Chansung x Jinwoon]
Ilość: 12 325
Rodzaj: fluff, seks, tajemnica

- Słyszałeś? Tym razem Mathias popełnił samobójstwo. – Podszedłem do baru w momencie, gdy Jay kończył mówić Krisowi wydarzenia z minionego tygodnia.
- Mathias? A to nie był ten nowy kelner, którego z dwa tygodnie temu przyjęliśmy? – Położyłem tacę na barze w oczekiwaniu na zamówienie podane Krisowi.
- Tak, ten. – Mężczyzna skinął głową, potwierdzając swoje słowa.
- Kolejny kretyn do kompletu. Zasada ,,nie zakochuj się’’ po coś w końcu istnieje. W szczególności do Demona. – Spojrzałem na Krisa, stawiającego drinki na tacy i zwróciłem się w ich kierunku, zapewne z głupim dla nich pytaniem.
- Kim jest Demon? – Przyciągnąłem tacę do siebie i przesunąłem się na bok, ustępując miejsca Minseokowi.
W jednej chwili wokół baru zrobiło się cicho jak makiem zasiał. Wszyscy, jak jeden mąż zwrócili się w moi kierunku w wytrzeszczonymi oczami.
- Nie wiesz kim jest Demon? – Odwróciłem się w kierunku właściciela pytania. Skłoniłem się, widząc szefa i pokręciłem przecząco głową. – Daj mi podwójną abracadabrę. – Zwrócił się do barmana, przysiadając na stołku.
- Podwójna abracadabra? Urodziny masz, chcesz się nachlać czy ukochany przychodzi? – Niewiadomo skąd koło Chansunga objawiła się Diva.
- Nie Twój interes dzieciuchu. Zajmij się pracą lub spadaj stąd. – Obserwowałem ich jakże przyjemną konwersację dopóki dopóty nie przypomniałem sobie o swoim kliencie i zamówieniu. Poderwałem się gwałtownie i chwytając tacę, ruszyłem migiem do zniecierpliwionego klienta. Przeprosiłem za opóźnienie i szybko wycofałem się z powrotem do wypełniania obowiązków.

- To jak? Powiecie mi kim jest Demon? – Odezwałem się sprzątając stoły z kieliszków, wycierając plamy i doglądając pracy nowych kelnerów.
- Demon to osoba, której należy unikać, chyba że jesteś napalonym misiaczkiem łamane na ukesiem, który domaga się seksu i nie może przeżyć bez niego nawet godziny. Spotkanie Go grozi paraliżem, cierpieniem, a nawet śmiercią. – Odezwał się Sehun, przysypiając przy jednym ze stolików.
- To jakaś osobistość, rozpieszczony dzieciak czy kto? – Nie dawałem za wygraną, chcąc dowiedzieć się wszystkiego na temat owej osoby.
- Parę razy bywał w naszym klubie, gdzie uwodził nowych kelnerów, co powodowało zakochanie się, a następnie brutalnie porzucenie. Dzieciaki nie wytrzymywały i popełniały samobójstwa. Głównie powieszenie się, podcięcie żył, wzięcie dużej ilości odurzających prochów. Poderwał kiedyś Minseoka, sądząc chyba, że jego także to złamie. Na szczęście chłopak był przy zdrowych zmysłach i nie dał sobą pomiatać. Demon po tamtym spotkaniu pokazywał się coraz rzadziej, ale wciąż słychać było, że dochodziło do kolejnych śmierci kelnerów, barmanów, hostów z innych klubów. Tak więc Demon ma niezłą historię miłosną na koncie w uśmiercaniu niewinnych, a może i winnych. Zależy jak kto patrzy. – Odezwał się spokojnym głosem Chansung, trzymając w objęciach swojego ukochanego Jinwoona.
Obserwowałem każdego ze współpracowników z niemałym szokiem na buzi. Demon… miłości?
- Kiedy uwiódł Mathiasa? – Przysiadłem przy stoliku, którym akurat się zajmowałem i wpatrywałem się tępo w szefa.
- A ja wiem. Jakieś trzy dniu temu ostatnio Demon tu był. Wczoraj doszło do wypadku… Wow… Szybko się zakochał. – Szef przytulił do siebie swoją miłość i spojrzał uważnie po zebranych. – Nie dajcie mu się. Nie chcę tracić swoich najlepszych pracowników. A teraz kończcie robotę i spadam do domów, wypocząć na jutrzejszy wielki dzień. – Z tymi słowami, chwycił kochanka w pasie i udał się do wyjścia.
Po niecałych piętnastu minutach skończyłem sprzątać to co było gorsze, przebrałem się w swoje codzienne ciuchy i żegnając się z kolegami, opuściłem miejsce pracy, kierując się do domu. Będąc w Polowie drogi, poczułem jakby ktoś mnie obserwował. Przystanąłem i obejrzałem się ostrożnie w tył, ale ku mojej uldze, nie dostrzegłem nikogo. Wznowiłem marsz i tym razem usłyszałem ciche kroki za sobą. Przełknąłem ciężko ślinę i udając, że to tylko wiatr, przyśpieszyłem kroku. Skręciłem za róg i myśląc, że osobnik się odczepił, starałem się uspokoić oddech. Niestety na próżno. Wystraszony, słysząc ponowne kroki, schowałem się za wielkim kontenerem i próbując być cicho, czekałem na najgorsze. Jednak i to nie nastąpiło. Ktokolwiek to był już zniknął. Przeczekałem jeszcze parę minut, ale kompletnie nic nie słysząc, podniosłem się i biegiem poleciałem do domu, nie oglądając się za siebie. Wbiegając do mieszkania, myślałem już tylko o tym by zamknąć porządnie drzwi, wszystkie okna i jak najszybciej zasnąć.
Następnego dnia, ledwo pamiętając co było wczoraj, wybrałem się do pracy. Szef chciał by wszyscy byli godzinę przed rozpoczęciem. Przywitałem się ze wszystkimi, przebrałem w nowy, uprany strój i poszedłem przygotować klub na przybycie gości. Dziś był tak zwany ,,Dzień jednego kochanka’’. Nigdy do końca nie wiedziałem o co chodzi z tym dniem, czemu tak naprawdę on służy, ale najważniejsze było to, że klienci przychodzili w dużej mierze przybici, a wychodzili stąd w skowronkach. Poznawali się bliżej, wynajmowali pokoje, gdzie dochodziło do ekscesów, libacji, a czasem nawet do seksualnych egzekucji. Cóż, co kto woli. Chcesz się odprężyć po stresującym dniu pracy, zapomnieć o codziennych problemach, wyluzować, bądź po prostu bawić? Przyjdź. Drzwi klubu są czynne wtedy dwadzieścia cztery godziny na dobę. Dobra zabawa, jedzenie, arkadia, eden i świat drinków zapraszają. Znajdziesz tu to, czego tak naprawdę szukasz.
,,Black Lagoon’’ to jedyny lokal w mieście, który oferuje najlepszą muzykę, obsługę, jedzenie i oczywiście drinki. To z tego utrzymuje się cały klub. Najlepsi mistrzowie, bariści pracują właśnie tu. Klub ,,Black Lagoon’’ współpracuje z najlepszą restauracją w mieście. Połączyli siły i powstało coś niesamowitego. Najwięksi krytycy są pod wrażeniem jak udało nam się dojść do harmonii, mimo że klub jest dla homoseksualistów, a restauracja dla homo, hetero oraz bi.

- Sześć razy Brandy Elite, Alabama Slammer Classic i Canberry Cooler! – Postawiłem tacę z hukiem – ile było to możliwe – na barze, składając zamówienie od bogatego jegomościa.
- Robi się! – Wystarczyło kilka sekund, a całe zamówienie wylądowało na tacy, bez rozlewania nawet najmniejszej kropli. Wziąłem tacę i ruszyłem do klienta przez zatłoczone pomieszczenie. Porozstawiałem wszystko i skłaniając się, oddaliłem do kolejnego klienta. W drodze poczułem szarpnięcie za ramię i ujrzałem nie kogo innego jak Divę.
- Obsłuż go, a potem dawaj szybko na zaplecze. – Próbując przekrzyczeć muzykę i gości się bawiących, wskazywał na pomieszczenie za barem.
Skinąłem głową i oddaliłem się spełnić zamówienie w postaci aż dwunastu! Sex on the beach, Seabreeze i Zombie.
Wróciłem, powtórzyłem wszystkie czynności i jak najszybciej pomaszerowałem na zaplecze. Wchodząc do środka, zauważyłem szefa, Minseoka, Sehuna i Divę, niezwykle przejętych jakaś rzeczą.
- Co się dzieje? – Spojrzałem na nich uważnie, zaczynając się zastanawiać czy powinienem się bać.
- Nie owijając w bawełnę, w klubie pojawił się Demon z widoczną chrapką na Ciebie. – Sehun odbił się od ściany i podszedł do drzwi, sprawdzając czy nikt nas nie podsłuchuje.
- Skąd wiecie, że to akurat na mnie ma ,,chrapkę’’? – Machnąłem palcami, biorąc ostatnie słowa w cudzysłów i przysiadłem na sofie.
- Gapi się na Ciebie cały wieczór, sugestywnie dając znak, że tego wieczoru jesteś zaklepany,  inni chętni na Ciebie się odsuwają, a żeby było jeszcze zabawniej to cwaniaczek podszedł i bez zbędnych ceregieli wypytywał o Ciebie. – Minseoka rozejrzał się po wszystkich. – Chyba nie tylko mnie się pytał o Ciebie.
- Dodatkowo zamówił pokój… - zaczął cicho Chansung.
- No dokończ to cholerne zdanie! – Jęknąłem zdenerwowany, wykręcając sobie palce.
- … oraz Ciebie. Zamówił najdroższy pokój z bilardem, jacuzzi i sauną. Masz przynieść ze sobą drinki. – Czułem na sobie baczny wzrok szefa i chłopaków. Przełknąłem gulę w gardle i zaprzestałem łamania kości.
- Odmówię mu. Niech ktoś inny pójdzie…
- Nie. Nie może ktoś inny.
- Jak to nie może? – Walnąłem wściekły ręką w oparcie i natychmiast pożałowałem, widząc groźny wzrok szefa.
- Mimo że jest tym kim jest, to jest także bardzo ważnym klientem. Płaci sporą sumę, bierze najdroższe rzeczy, w tym wypadku również pokój… to wszystko nam na dobre wychodzi. Ale jestem osobą, która ma serce i nie chce by jego pracownik cierpiał. Zawsze miałem Cię za porządnego pracownika, rozumnego. Aktualnie nastąpiła sytuacja bez wyjścia. Jeśli nie pójdziesz, bądź wyślemy kogoś innego – przepadniemy. Nieważne jak ciężko będziemy pracować, nieważne gdzie będę próbował się podnieść do pionu wraz z klubem – on zawsze będzie wiedział gdzie uderzyć. – Widziałem ból w oczach szefa. Wszyscy pracownicy wiedzieli ile ten klub dla niego znaczy. Zamienił opuszczone, zapyziałe miejsce w coś żyjącego, rozkwitającego. Interes ruszył pełną parą po znalezieniu odpowiednich pracowników i cieszył się nawet zagraniczną popularnością.
- Pójdę. Nie wiem co się stanie, ale chcę ratować klub. – Wstałem, próbując ogarnąć strój.
- Jesteś pewien?
- Jestem. Nie dam się tak łatwo. – Ruszyłem do wyjścia, gdy zatrzymał mnie jeszcze głos Minseoka.
- Jest jedna rzecz, którą powinieneś wiedzieć. Nie mówiliśmy Ci tego, bo nie byliśmy pewni czy to on.
- Jaka?
- Demon… wy się znacie. I to naprawdę dobrze.
- Czekałem na jakieś lepsze informacje, na przykład jak się nazywa. – Uniosłem brew i wychodząc słyszałem tylko, iż dowiem się wszystkie na miejscu.

- Daj mi wszystko co jest na papierze. – Podsunąłem Leo kartkę z listą drinków.
- Wow… niezłe. Ktoś będzie naprawdę rzygał tęczą. – Zaśmiał się cicho, jednak szybko powrócił do swojego poker face’a. – Zaraz podam.

Przysiadłem na wolnym krześle przy barze, rozmyślając nad osobą, która oczekuje mojego przybycia. Kim jesteś? Czy to prawda, że się znamy? Nie pamiętam nikogo sprzed czasu wypadku. Dopiero po nim poznałem Chena. Byliśmy przyjaciółmi, ale sprawy przybrały dziwny bieg i wszystko zniknęło. Zniknął On. Szukałem go, pytałem wszystkich, wydzwaniałem do jego znajomych, pytając się czy wiedzą o jego aktualnym miejscu zamieszkania. Niestety bez skutku… Zostałem sam, znalazłem przypadkowo pracę, która pokochałem mimo głupich wypadków, porażek. Czy to możesz być Ty?

- Caribbean Queen, Deep Blue Sea, Pina Colada oraz Emerald Heaven. – Proszę bardzo.
- Dzięki. – Zabrałem tacę i ruszyłem w kierunku pokoju #1.

Puk puk.
Zastukałem głośno, starając się by dźwięk dotarł do osoby będącej w środku. Po usłyszeniu cichego ,,proszę’’, wszedłem ostrożnie do środka, zamykając za sobą drzwi i postawiłem tacę z drinkami na stoliku.
- Dawnośmy się nie widzieli Suho. – Wszędzie bym rozpoznał TEN głos. Zagryzłem dolną wargę i zacisnąłem ręce w pięści, próbując powstrzymać się przed rzuceniem na swojego dawnego przyjaciela. – Zmieniłeś się.
- A coś Ty myślał? Że pozostanę taki sam? – Prychnąłem cicho i wolno odwróciłem się w kierunku właściciela drugiego głosu.
- Ani. – Pokręcił głową, biorąc jeden kieliszek i wypijając jego zawartość. – Wręcz przeciwnie. – Uśmiechnął się, podchodząc bliżej i opierając ręce po bokach mojej głowy.
- Czego chcesz? Dlaczego mnie opuściłeś wtedy, kiedy Cię najbardziej potrzebowałem? – Położyłem ręce na jego torsie, próbując go od siebie odepchnąć, ale nie używając wcale siły.
- Musiałem. Zacząłem żywić do Ciebie głębsze uczucia. Głębsze niż do przyjaciela. Trudno mi było się z nimi uporać, dlatego Cię zostawiłem. – Chwycił mój podbródek, podnosząc go do góry, bym spojrzał mu w oczy. Zamknąłem je, nie chcąc go widzieć, ale chcąc rozkoszować się jego dotykiem.
- Nie pomyślałeś, że mógłbym do Ciebie czuć to samo? Aż tak dobry byłem w ukrywaniu tego? – Zaśmiałem się żałośnie i poczułem jak spod powieki wydobywa się samotna łza. – Czy może byłem zbyt dziecinny by…
- Nie. Nic z tych rzeczy. Byłem wpatrzony w siebie, nie patrzyłem na twoje uczucia i potrzeby. Teraz mi głupio.
- Czy to Ty mnie jakiś czas temu śledziłeś? – Chlipnąłem cicho, zaciskając dłonie na jego koszuli.
- Tak. Nie chciałem Cię wystraszyć, ale musiałem się upewnić czy to na pewno Ty. Obserwowałem Cię przez cały czas od tamtego ‘spotkania’. – Czułem jego dłonie na swoich ramionach, szyi i policzkach.
- I-I co masz zamiar teraz zrobić? – Starałem się nie płakać, mieć jasność widzenia. Czułem, że to ważna chwila, nie chciałem jej zepsuć w żaden sposób.
- To, co powinienem zrobić już dawno. – I nie guzdrając się ani minuty dłużej, złożył na moich wargach czuły pocałunek.
 Poczułem jak moje ciało drży pod dotykiem chłopaka. Zacisnąłem jeszcze mocniej, o ile było to możliwe, palce na jego koszuli, przybliżając się bardziej do niego. Niepewny swych ruchów,  począłem odwzajemniać jego pocałunki. Domyślałem się, co może się zaraz wydarzyć, ale nie chciałem o tym myśleć tylko działać. Objąłem go za szyję, na co młodszy chwycił mnie w pasie i nie przerywając czynności, przeniósł na stół do bilardu. Usiadłem wciąż oplatając jego biodra nogami, zdejmując z siebie powoli odzież, aż do momentu gdy zostaliśmy nadzy. Przesunąłem się bardziej na środek stołu, by ustąpić miejsca brązowowłosemu. Składał na całym moim ciele niby to przypadkowe muśnięcia, znacząc ścieżkę od linii szczęki aż do podbrzusza.
- Planowałeś to od dłuższego czasu? – Mruknąłem, czując się nieco skrępowany, gdy chłopak wsuwał w moje ciało palce, chcąc mnie przygotować do dalszej zabawy.
- Dokładnie z każdym szczegółem. Wiem, że może jest mało romantycznie, ale tylko tak mogłem zwrócić Twoją uwagę. Przepraszam za wszystkie niedogodności i przykrości jakie sprawiłem podczas mojej nieobecności. – Słyszałem dźwięk otwieranej butelki żelu, a tuż później chłód i tarcie na wejście. Przyciągnąłem chłopaka do siebie i wpiłem się w jego ciepłe wargi, chcąc jakoś zagłuszyć dźwięk, który wydobyłby się z mojego gardła, gdy młodszy wszedł z determinacją w moje wnętrze. Przejechałem parokrotnie po plecach chłopaka, zapewne zostawiając czerwone pręgi na nich, ale mało się w obecnej chwili tym przejąłem. Liczyła się ta chwila, chwilowy ból, a następnie przyjemność i uczucie dwóch kochających się osób. Ból i niedogodność szybko przerodziły się w przyjemność i swobodę. Chen zaczął powoli poruszać biodrami z każdą chwilą przyśpieszając, chcąc jak najszybciej skończyć i albo rozkoszować się mną, albo powtórzyć rundę. Sapałem i jęczałem cicho, głównie do jego ucha, chcąc tym wyrazić, że tego właśnie mi było trzeba. Mój członek ocierał się o podbrzusze brązowowłosego, dając znak, że niedługo nadejdzie moment kulminacyjny.
Nie czekaliśmy długo. Ciała pobudzone przez drinki i siebie nawzajem zareagowały dość szybko. W momencie szczytowania i osiągnięcia spełnienia poczułem się pierwszy raz od bardzo dawna najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Kochałem się z moją pierwszą miłością. Myślałem, że lepiej być już nie może.
- Nigdy już Cię nie opuszczę.


Obiecuję.

POWRÓT

Cześć i czołem! Mam dla was ważne informacje, o ile jeszcze ktoś tu zagląda! Wiem, że baaardzo dawno nic tu nie dodawałam, wszystko s...