piątek, 27 grudnia 2013

~ ZAMÓWIENIE DLA G. ~

NO.1 x NO.2

ALL I WANT FOR CHRISTMAS IS YOU


Rating: PG-13
Pairing: Taoris
Rodzaj: one-shot, angst, fluff
Ilość: 13 103
POV: Tao

Siedziałem na parapecie i obserwowałem jak za oknami zaczyna któryś raz z rzędu prószyć delikatny śnieg, na dzieci bawiące się i tworzące aniołki ze śniegu, na młodych ludzi, którzy szczęśliwi i pełni trosk nie przejmowali się ani pracą, ani większymi przygotowaniami do zbliżającej się Wigilii czy nawet wyborem prezentu dla ukochanej osoby.
Siedziałem i rozmyślałem nad swym marnym losem. Z powodu porannej burzy śnieżnej odwołano wszystkie loty do Pekinu, skąd miał mnie odebrać tata. Utknąłem w Korei Południowej z zespołem (nie to bym narzekał), ale… Właśnie. Pojawiało się to niefortunne ,,ale’’. Tu nie chodziło o przygotowanie potraw, przyniesienie do domu choinki i ubranie jej, przygotowanie stołu, krzeseł, nakryć i innych rzeczy. Tu nie chodziło już nawet o to, że nie spędzę świąt z rodziną; z mamą, która piecze najlepsze pierniczki na świecie, z tatą, z którym każdego roku (nieważne, że jestem już za duży na to) przystrajam choinkę i wieszam gwiazdę na czubku, z dziadkami, z którymi śpiewam kolędy i droczę się na temat prezentów: czy byłem dobrym chłopcem, czy też nie. Nie, to nie o to chodziło. Chodziło o to, że darzyłem głębokim uczuciem lidera EXO-M, który praktycznie nie zauważał moich starań o swoje względy. Cały czas, bez przerwy przebywał w towarzystwie Yixinga – cholernego jednorożca, który nic nie robił tylko udawał, że leczy ludzi. Kkk. Dobre sobie. Chyba nikt go nie uświadomił, że życie to nie bajka tylko okrutna, nienawidząca Cię rzeczywistość.
Siedziałem, opierając czoło o zimną szybę i rozmyślałem o samotnych świętach. Niby nie powinienem tak myśleć. Bo jak nie Kris to przecież miałem przyjaciół. Ale oni to nie to samo co pierwsza miłość. Nie to samo…
- A więc tu jesteś! – Moje rozmyślania przerwał czyjś okrzyk i ciche wkroczenie do zaciemnionego pomieszczenia, oświetlonego jedynie tarczą już wschodzącego Księżyca, a dokładniej jego blaskiem próbującym wedrzeć się głębiej do pokoju mojego i menadżera.
- Uhm.
- Chodź na dół. Wszystko już przyszykowane, prezenty złożone, potrawy na stole. Wszyscy czekamy już tylko na Ciebie.
- Naprawdę muszę schodzić? – Jęknąłem zrozpaczony i spojrzałem na przybysza, którego rozpoznałem już po samym zatroskaniu się o moją osobę.
- Stało się coś? – Joonmyeon podszedł bliżej i położył mi dłoń na czole, chcąc chyba sprawdzić czy nie mam przypadkiem gorączki.
- Trochę źle się czuję… Ale to nic poważnego.
- Skoro to nic poważnego to jazda na dół bez dyskusji. Jeszcze rano byłeś zdrów jak ryba, a teraz niby coś Ci dolega? – Prychnął cicho i chwycił mnie za nadgarstek, wyciągając z pokoju i ciągnąc na dół do ludzi.
Westchnąłem cicho, stojąc i przypatrując się pozostałym. Każdy ubrany odświętnie z jakimś świątecznym gadżetem na sobie typu rogi renifera, czapka Mikołaja, dzwoneczki na szyi (prawie jak u krowy…), z uśmiechem przyklejonym do twarzy i iskierkami w oczach. Wszyscy szczęśliwi i pełni radości, przygotowanych do śpiewania kolęd i dzielenia się opłatkiem. Najgorszą z rzeczy możliwych. Wszyscy, wszyscy, wszyscy… Wszyscy, oprócz mnie.
Taka bida stojąca samotnie w kącie, ubrana jedynie w czarne spodnie, białą koszulę i skarpetki ze wzorkiem reniferów, ciągnących sanie Świętego. Taka sierota, która nie może spędzić tego wspaniałego czasu w gronie rodziny tylko z zespołem, który ma na co dzień. Takie jedno niewiadomo-co przypominające wyrośniętą pandę z wielkimi worami pod oczami (nie, tym razem nie zwalamy winy na wygląd pandy). Takie jedno, wielkie nieszczęście samotnie stąpające po cienkim gruncie. Takie…
- Tao! Zitao, ocknij się! – Zamrugałem parokrotnie, wracając do rzeczywistości i dając znać Xiuminowi hyungowi, że wszystko dobrze. – Weź opłatek.
- Uhm. – Bez niepotrzebnych słów, wziąłem go posłusznie, czując narastające zdenerwowanie. Przez cały czas patrzyłem w podłogę; wzrok unosiłem tylko wtedy, kiedy ktoś do mnie podchodził i składał mi życzenia. Stresowałem się tym co zaraz nadejdzie. Jeszcze tylko Smok został.
Kątem oka obserwowałem jak kończy składać życzenia Jednorożcowi i to był błąd. Obserwowanie jak radośnie się do siebie uśmiechają, przytulają i szepczą sobie na ucho bolało. Sprawiało, że czułem nieprzyjemne ukłucia w okolicy serca, wzrastające zdenerwowanie i zbierające się łzy w kącikach oczu. Przełknąłem ślinę, czując narastającą gulę z gardle. Nie chciałem już dłużej na to patrzeć. Nie mogłem i pobiegłem pędem na górę, wymijając zdziwionych kolegów i cieplutko gruchających kochanków. Chciałem jak najszybciej znaleźć się sam w pokoju.
Wbiegłem do środka, zatrzaskując za sobą drzwi i dopadając lustra. Uniosłem głowę i sam siebie nie poznałem; rozczochrane blond włosy, ciemne cienie pod oczami (wcale a wcale nie przypominające tych, które mają pandy), przekrwione oczy, które nie wytrzymały i z każdą sekundą stawały się wilgotniejsze, słone krople łez ściekające po pobladłej cerze i poniekąd zakrwawione wargi od ciągłego ich męczenia zębami.
Nie mogłem już wytrzymać. Miałem serdecznie dość siebie, niespełnionej miłości, wszystkich śmiechów, chichów, czułości, współczucia. Miałem naprawdę dość wszystkiego. Przetarłem ręką zmęczone oczy i spojrzałem raz jeszcze w lustro. Bo czemu mam się katować widokiem zakochanych gołąbków? Czemu to ja muszę zawsze cierpieć? Nie chcę już cierpieć. Chcę poczuć wolność. Nie chcę żyć, życząc komuś śmierci, nie chcę widzieć szczęścia innych osób, nie chcę cholernych komentarzy, że jak zwykle jestem sam. Nie chcę… się znać.
Pod wpływem wszystkich tych myśli skumulowanych w głowie, zdenerwowania, stresu, zagryzłem kołnierz koszuli i z całej siły uderzyłem pięścią w tarczę lustra, powodując, że ta roztrzaskała się na kawałki, tym samym zadając sobie ból. Odpadające kawałeczki trafiały idealnie w rękę. Uniosłem odrobinę głowę, przymknąłem oczy, czekając, że może któryś z kawałków zlituje się i trafi w pięknie odsłoniętą szyję, kierując się do tętnicy; rozetnie ją i pozbawi mnie beznadziejnego życia.
Czekałem i czekałem, ale nic takiego się nie stało. Przełknąłem ślinę, starając się stłumić falę gwałtownego szlochu. Otworzyłem oczy, ale przez chwilę nic nie widziałem. Obraz całkowicie rozmyty… Może tak ma być? Zamrugałem parę razy, chcąc chociaż trochę zobaczyć szkody jakiej narobiłem. Dookoła mnie leżało roztrzaskane na kawałki szkło. Nie myśląc ani chwili dłużej, chwyciłem jeden z nich (najostrzej wykończony) i przystawiłem sobie do ręki, chcąc sobie podciąć żyły.
- Przepraszam… przepraszam… - Przepraszałem na głos, chcąc sobie choć trochę ulżyć. Czułem potworny ciężar na sercu, ledwo byłem w stanie mówić. Słyszałem swój szept, tak, to chyba był szept.
Nacisnąłem leniwie ostrzem na żyłę i pociągnąłem nim powoli po skórze. Widząc sączącą się wolnym strumykiem krew, przymknąłem oczy, licząc ile trzeba cięć by szybciej ze sobą skończyć.
Dopiero po paru minutach odczułem jak słabnę. Usiadłem na tyłku, czując, że dłużej nie dam rady siedzieć w klęczkach. Oparłem się plecami o łóżko i uchyliłem powoli powieki, sprawdzając swoje dzieło. Naliczyłem około piętnastu cięć, z których leniwie płynęła ciemnoczerwona ciecz. Uśmiechnąłem się i podniosłem ostrze na wysokość oczu.
- A może powinienem sobie wydłubać tym oczy? Byłbym ślepy… - Ale wciąż nieszczęśliwy - podpowiedział mi jakiś głosik w umyśle. – Nah… w sumie racja.
Przymknąłem ponownie oczy, przystawiając sobie szkło do tętnicy. Nabrałem parę razy głębszych (o ile stan, w jakim się znajdowałem mi na to pozwalał) oddechów.
- Przepraszam, że Cię kocham Gege… - I nie czekając ani sekundy dłużej, powoli kierowałem ostrze na tętnice. Już czułem lepki (umazany w krwi) czub na skórze, gdy nagle coś, bądź ktoś wyszarpał mi szkło z ręki. Jęknąłem ledwo przytomnie i po omacku szukałem dłonią innego kawałka. Nie obchodziło mnie kto mnie powstrzymał. Chciałem po prostu szybciej ze sobą skończyć. Chciałem…
- Co Ty wyprawiasz idioto?! – Mruknąłem cicho, słysząc czyjś znany, lecz jakby odległy głos. Przecież tyle razy go słyszałem, więc dlaczego nie mogłem rozpoznać do kogo należał? – Otwórz oczy Zitao! Otwórz oczy! Tao do cholery!
Usłyszałem osobę trzecią, która niosła w naszym kierunku miskę z… wodą? Usłyszałem nieprzyjemny dźwięk rozdzieranego materiału, a chwilę później zimny dotyk owego materiału na ręce. Chyba ktoś chciał zatamować krwawienie.
- Głupku! Otwórz te cholerne oczy! Proszę! Nie takiego prezentu oczekiwałem na święta! – Słyszałem rozpacz w dobrze znajomym mi głosie, ale wciąż nie potrafiłem stwierdzić do kogo należał. Joonmyeon? Kyungsoo? Xiumin? Nie… To nie ich głos…
 Kolejną chwilę później (po zatamowaniu krwawienia i dziwnym trafem sprzątnięciu rozbitego szkła) poczułem coś mokrego, jednocześnie chłodnego tuż przy wargach. Nie wiem co to było, ale kazali mi pić. Przez wciąż utrzymującą się gulę w gardle ciężko mi to szło, ale udało się przywrócić mojemu wycieńczonemu organizmowi odpowiednią ilość nawodnienia.
- Joonmyeon proszę, zostaw nas samych.
- N-Na pewno?
- Na pewno. Poradzę sobie.
Dźwięk cicho zamykanych drzwi. Czyjeś sapnięcie i odgłos przemieszczania się. W tym samym momencie poczułem jak ktoś usadawia się między moimi nogami, opierając ręce na moich lekko ugiętych kolanach. Dotyk przenoszący się wzdłuż tułowia, jakby badając czy nie ma innych ran, następnie ramiona, aż w końcu dotyk czyichś ciepłych, dużych dłoni na policzkach.
- Otwórz oczy Pando. Proszę.
- Zostaw mnie. Nie chcę Cię widzieć! Idź sobie…
- Nie pójdę, póki nie powiesz mi co się dzieje.
- …
- Tao, proszę.
- …
- Zitao. Martwię się.
- … O mnie się martwisz? Wracaj lepiej do swojego chłoptasia! Po co się przejmujesz takim bezwartościowym śmieciem jak ja?
- O czy Ty mówisz?
 Zagryzłem wargę, starając się nie rozpłakać, a szczególnie nie przy liderze. Zacisnąłem mocniej powieki i odczekałem parę minut, mając nadzieję, że starszy da sobie spokój i go zostawi. Minęło dziesięć minut, piętnaście, dwadzieścia, może nawet półgodziny, a Wu Fan ani be, ani me, ani kukuryku. Jak siedział, tak siedzi. I się na mnie gapi – dopowiedziałem sobie w myślach.
- Ponawiam pytanie: O czym Ty do mnie mówisz?
- Ugh! – Otworzyłem powoli oczy, ukazując niedoszłej miłości jak bardzo przez niego cierpię. Mrugałem kilkakrotnie, starając się powstrzymać napływające łzy. Poruszyłem zranioną ręką i o dziwo nie odczułem bólu, jakiego oczekiwałem. Zacisnąłem obie dłonie w pięści, by chwilę później je rozluźnić. – Zabierz. Te. Ręce.
- Nie.
Zacisnąłem ponownie dłonie w pięści i zacząłem okładać nimi klatkę piersiową Wu Fana. Poczułem jak zbiera się we mnie gniew, że wpadł w nieodpowiedniej chwili, że śmiał mi przerwać mój rytuał. Biłem go tak mocno, jak tylko byłem w stanie i na ile pozwalała mi pocięta dłoń. Nie wytrzymałem i zacząłem płakać, wyrzucając z siebie wszystko to, co mi leżało na sercu.
- Wracaj do swojego Yixinga, który myśli, że życie to bajeczka dla dzieci, że wszystkie chwyty dozwolone, że myśli, że ma prawo ranić inne osoby. Mam dość Ciebie i całego świata! Mam dość, że musiałem tu zostać przez tą cholerną zamieć śnieżną, że nie pozwoliła mi spędzić tych świąt z rodziną! Mam dość, że muszę oglądać codziennie twoją facjatę nad wyraz szczęśliwą, kiedy tylko uda Ci się dotknąć i spotkać z Jednorożcem! Mam dość siebie, że nie potrafię do Ciebie po prostu podejść i powiedzieć jak bardzo mi na Tobie zależy! Nienawidzę tego wstrętnego uczucia, kiedy widzę Ciebie i Jednorożca razem! Nienawidzę się za to wszystko! Nienawidzę, nienawidzę! Chcę umrzeć! Cały świat jest przeciw mnie! Jak umrę to wszyscy będą mieli ode mnie spokój, będą szczęśliwsi, każdy będzie mógł być z tym kim chce! Nienawidzę świąt, dzielenia się opłatkiem, nienawidzę wszystkiego co ludzkie, nie cierpię tego świata! Wiesz jaką ulgę czułem, gdy zadawałem sobie ból?! W końcu mogłem się odprężyć! W końcu mogłem sobie ulżyć, w końcu… w końcu mogłem być szczęśliwy…
Podczas wyżalania się, co mi leży na sercu, w pewnym momencie przestałem okładać chłopaka pięściami. Zamiast tego ściskałem, a dokładniej wpijałem się palcami w jego ramiona. Przeniosłem wzrok na jego twarz i szczerze… to aż mnie zatkało. Wu Fan był w niemałym szoku po tym co przed chwilą usłyszał. Siedział i wpatrywał się w moje oczy. Nie poruszał się, nie wydał także żadnego dźwięku. Jedynie co świadczyło o tym, że żyje była spokojnie unosząca się klatka piersiowa i drgający podbródek. Wytarłem oczy rękawem koszuli i spuściłem wzrok ponownie na jego klatkę piersiową.
- Proszę… powiedz coś. Nie chcę byś milczał. Powiedz nawet to, że mnie teraz nienawidzisz… Po prostu… Odezwij się… - Jęknąłem wręcz błagalnie, chcąc jakoś obudzić go z dziwnego transu. Siedziałem i czekałem, lecz zamiast słów usłyszałem parsknięcie. – Yah! Co Cię tak bawi Gege?!
- Ty głupolu! Znaczy, z jednej strony mnie to bawi, a z drugiej smuci. Po prostu nie mogę zrozumieć jak mogłeś myśleć, że mnie i Yixinga coś łączy? Znaczy tak… coś nas łączy, a tym czymś jest tylko przyjaźń. Nie kocham go, bo mam kogoś innego na oku. Poza tym, Lay ma Suho. Cieszy mnie to, co powiedziałeś. Wiem już co Ci leży na serduszku, wiem gdzie popełniłem błąd i uwierz mi, czuję się z tym okropnie. Nigdy nie zamierzałem Cię zranić, nie chciałem być płakał, a tym bardziej nie chciałem byś odbierał sobie życie! Nie jesteś kotem, który ma siedem czy tam dziewięć żyć. Jesteś człowiekiem, który ma jedno, najcenniejsze życie; takie które miewa wzloty i upadki, przyjemniejsze i gorsze chwile. Masz takie życie, któremu zazdrości każde dziecko, które nie jest w stanie dożyć tyle co Ty. Życie jest zbyt krótkie na rozpacze i rozterki, zbyt krótkie… Jest tyle rzeczy do zrobienia, któryś jeszcze nie robiłeś, a chciałbyś spróbować.
- Nhmpf. Niby co takiego?
- Na przykład chciałbyś się do mnie przytulić, poczuć moją miłość, ciepło ode mnie bijące. Chciałbyś czuć jak przeczesuję swoimi palcami po kosmykach Twych włosów, jak składam pocałunki na Twej buźce, a szczególnie na…
- Nie kończ! N-Nie kończ, proszę.
- Spójrz na mnie Tao.
Pociągnąłem nosem i powoli uniosłem głowę do góry, napotykając tym samym baczne spojrzenie Krisa. Podchwycił moje spojrzenie i uśmiechnął się, nachylając w moim kierunku i składając na mym czole delikatny pocałunek. Zadrżałem pod jego dotykiem i zacisnąłem mocno powieki, sądząc, że teraz to sen a nie jawa.
- Dla-Dlaczego więc wydawałeś się taki spoufalony z Jednorożcem? – Wyszeptałem cicho, czując wyraźną ulgę, że gula powoli zanika.
- Szukałem dla Ciebie odpowiedniego prezentu. Nie chciałem Ci kupować jakichś gadżetów z pandą, czy toreb firmy Gucci. Chciałem czegoś oryginalnego, a on był jedyną osobą, która nie myślała o zabawkach z sex-shopu czy innych dziwactwach.
- Ja… Ja nie mam nic dla Ciebie… - Szepnąłem zrozpaczony i poczułem jak do moich oczu ponownie napływają łzy.
- Ejejejej! Nie płacz! Nie kupiłem Ci nic. Znalazłem inny sposób na to. Może będzie trochę oklepany i pewnie nie w moim stylu, ale to będzie prezent od serca.
- Jaki? – Spojrzałem na niego z zaciekawieniem i przesunąłem ręce na kołnierz jego koszuli pobrudzonej moją krwią.
Obserwowałem jak Kris podsuwa się bliżej, przesuwa jedną rękę na moją szyję, a drugą na podbródek i chwilę później poczułem jego ciepłe wargi na swoich. Nie śpieszył się, całował delikatnie, oczekując chyba wzajemnej współpracy. Uspokoiłem się i przyciągając go bliżej do siebie za kołnierz, zacząłem odwzajemniać jego pocałunki, z każdą chwilą starając się wpasować w jego rytm. Całowaliśmy się niekrótko i niedługo, ale tak, że zabrakło nam powietrza. W sumie to mi nie przeszkadzało. Póki miałem go obok siebie (a raczej przed sobą), mogłem nawet zginąć bez tlenu. Spojrzałem na niego, uśmiechając się szczerze pierwszy raz od chyba miesiąca i próbowałem uspokoić oddech.
- Gege…
- All I want for Christmas is you.

poniedziałek, 23 grudnia 2013

ŚWIĄTECZNE PORZĄDKI


Pairing: BangLo
Rodzaj: fluff, one-shot
Ilość: 3 451
POV: Zelo

Święta – okres, w którym wszyscy są do siebie przyjaźnie nastawieni. W domu panuje rodzinna atmosfera, nikt sobie nie zachodzi za skórę, każdy dba o dobro drugiego człowieka, odkładając nieproszone ,,ja’’ na bok. Trwają przygotowania do tego czasu, wszyscy sprzątają, gotują, pieką, pomagają sobie nawzajem, a kochane wytwórnie dają swoim podopiecznym wolne na przystrojenie dormu, by było wspaniale, kolorowo i wyglądało, jakby ktoś to wyjął z bajki… Czyżby to była prawda?

- Ale Hyung! – Jęknąłem rozżalony, ciągnąc lidera za nogawkę spodni.
- Co Hyung? Co Hyung? Nie pójdziesz na Wigilię do wytwórni, póki nie posprzątasz swojego pokoju. – Trzymałem kurczowo jego nogawkę, nie dając się oderwać, nawet jak zaczął potrząsać nogą. – Puść mnie do jasnej ciasnej!
- Zelo przestań się wygłupiać! Im szybciej to zrobisz, tym prędzej będziesz miał spokój i więcej wolnego na przygotowanie się. – Przeniosłem zapłakany wzrok na JongUp’a i jęknąłem cicho, czując jak ktoś mną szarpie.
Wiedząc, że nikt nie będzie dalej słuchał moich jęków i skarg, podniosłem się powoli z pomocą Youngjae i powlokłem nogami do łazienki, pogadać z własnym odbiciem, które jako jedynie mnie wysłucha i pocieszy.
- Tylko nie gadaj sam ze sobą! Czas to pieniądz! – Krzyknął za mną główny tancerz i chwilę później mogłem usłyszeć parę, niezbyt groźnych przekleństw pod adresem Himchana. – Za co to?!
- Za niewinność. A teraz chodź do samochodu~
Przesiedziałem w łazience około piętnastu minut, kłócąc się sam ze sobą o rację hyungów. Podrapałem się po głowie, zaciskając mocno oczy i westchnąłem zrezygnowany, patrząc na kubeł pełen wody. Może rzeczywiście powinienem się wziąć? Im dłużej będę to odkładał, tym bardziej nie będzie mi się chciało… Nie czekając ani chwili, chwyciłem ścierki i kubeł, i powędrowałem do swojego pokoju.
Ledwo przekroczyłem próg, gdy moim przytomnym oczom ukazał się istny chaos. Nie wiedziałem, że aż tak źle to wygląda. Mogli wcześniej powiedzieć. Jęknąłem po raz kolejny dzisiejszego dnia i zacząłem przedzierać się przez stertę pudełek po chińszczyźnie, pizz, ubrań i innych, mało zachęcających rzeczy. Podszedłem do wieży stereo, by włączyć muzykę i jakoś umilić sobie sprzątanie. Przecież mi tego nie zabronili. Uśmiechnąłem się pod nosem i z miną męczennika zacząłem świąteczne porządki własnego azylu.
Po godzinie – swoją drogą nie sądziłem, że tyle mi to zajmie – aż sam się zdziwiłem jak ten pokój mógł wyglądać, gdybym tylko o niego dbał. Hej! Nawet podłogę było widać! Nie wiedziałem, że mam dywan… W każdym bądź razie pokój był czysty; pościel była zmieniona, okna, podłogi umyte, dywan odkurzony – wciąż mnie dziwi, że mam dywan! – kurze wytarte, ubrania poskładane i pochowane do szafy, maskotka tygrysa uprana i pachnąca tropikalnym lasem. Zostało jeszcze tylko ustawienie gigantycznego pudła z mniej istotnymi rzeczami na szafie. Zabrałem wszystkie kubły, ścierki, brudne pranie do łazienki i wróciłem do pokoju, siłować się z pudłem. Nie wkładałem wielu rzeczy do niego, więc jakim cudem jest to tak cholernie ciężkie? Stanąłem na palcach, chcąc je wsunąć głębiej – już prawie-prawie było, gdy nagle rozległ się czyjś wrzask i poczułem czyjeś ręce tulące moją głowę do czegoś ciepłego i miękkiego. Skulony spojrzałem na bohatera, który patrzył na mnie ni to zezłoszczony, ni to zmartwiony.
- Nic Ci nie jest? Oberwałeś gdzieś? Głupku, uważaj następnym razem! – Roześmiałem się i wyprostowałem, patrząc na przestraszonego lidera.
- Przepraszam Hyung. Chciałem postawił pudło na szafce, by nie spadło i tak jakoś wyszło, że się wyślizgnęło.
- Ciekawe czemu… Jak tyleż tego napakował to co się dziwisz?
- Przepraszam… - Skuliłem się raz jeszcze, opierając plecami o szafę i spojrzałem na własne stopy, odziane w skarpetki ze wzorkiem reniferów.
- Głupi… Nie przepraszaj. Najważniejsze, że nic nie jest mojemu kochanemu Maknae. – Poczułem delikatny dotyk palców lidera na swym podbródku, a chwilę później czuły dotyk jego warg na swoich. Przymknąłem oczy i kącikami ust, uśmiechnąłem się, obejmując szyję Guka.
- Ne, Hyung.
- Hm?
- Saranghaeyo~
OGŁOSZENIA PARAFIALNE #3

Przepraszam, że dawno nic tu nie dodawałam, ale miałam problemy szkolne i prywatne + brak czasu. Mam zaległe zamówienie, które (na pewno!) pojawi się w tym tygodniu. J

Prócz tego życzę Wam wesołych i spokojnych świąt, mnóstwa prezentów, gadżetów związanych z Azją, pięknych wspomnień z tegorocznych świąt i przyjemnej atmosfery rodzinnej~

Wolny czas, więc oczekujcie paru ficzków:

~ Taoris dla G.
~ BangLo
~ XiuChen
~ II rozdział Loży Szyderców
~ II rozdział Tak wiele pytań – Tak mało odpowiedzi
~ Gokudera x Yamamoto


AZJATYCKICH & WESOŁYCH ŚWIĄT J !

sobota, 9 listopada 2013

Obietnica Demona



Pairing: SuChen [Suho x Chen], 
poboczny ChanWoon [Chansung x Jinwoon]
Ilość: 12 325
Rodzaj: fluff, seks, tajemnica

- Słyszałeś? Tym razem Mathias popełnił samobójstwo. – Podszedłem do baru w momencie, gdy Jay kończył mówić Krisowi wydarzenia z minionego tygodnia.
- Mathias? A to nie był ten nowy kelner, którego z dwa tygodnie temu przyjęliśmy? – Położyłem tacę na barze w oczekiwaniu na zamówienie podane Krisowi.
- Tak, ten. – Mężczyzna skinął głową, potwierdzając swoje słowa.
- Kolejny kretyn do kompletu. Zasada ,,nie zakochuj się’’ po coś w końcu istnieje. W szczególności do Demona. – Spojrzałem na Krisa, stawiającego drinki na tacy i zwróciłem się w ich kierunku, zapewne z głupim dla nich pytaniem.
- Kim jest Demon? – Przyciągnąłem tacę do siebie i przesunąłem się na bok, ustępując miejsca Minseokowi.
W jednej chwili wokół baru zrobiło się cicho jak makiem zasiał. Wszyscy, jak jeden mąż zwrócili się w moi kierunku w wytrzeszczonymi oczami.
- Nie wiesz kim jest Demon? – Odwróciłem się w kierunku właściciela pytania. Skłoniłem się, widząc szefa i pokręciłem przecząco głową. – Daj mi podwójną abracadabrę. – Zwrócił się do barmana, przysiadając na stołku.
- Podwójna abracadabra? Urodziny masz, chcesz się nachlać czy ukochany przychodzi? – Niewiadomo skąd koło Chansunga objawiła się Diva.
- Nie Twój interes dzieciuchu. Zajmij się pracą lub spadaj stąd. – Obserwowałem ich jakże przyjemną konwersację dopóki dopóty nie przypomniałem sobie o swoim kliencie i zamówieniu. Poderwałem się gwałtownie i chwytając tacę, ruszyłem migiem do zniecierpliwionego klienta. Przeprosiłem za opóźnienie i szybko wycofałem się z powrotem do wypełniania obowiązków.

- To jak? Powiecie mi kim jest Demon? – Odezwałem się sprzątając stoły z kieliszków, wycierając plamy i doglądając pracy nowych kelnerów.
- Demon to osoba, której należy unikać, chyba że jesteś napalonym misiaczkiem łamane na ukesiem, który domaga się seksu i nie może przeżyć bez niego nawet godziny. Spotkanie Go grozi paraliżem, cierpieniem, a nawet śmiercią. – Odezwał się Sehun, przysypiając przy jednym ze stolików.
- To jakaś osobistość, rozpieszczony dzieciak czy kto? – Nie dawałem za wygraną, chcąc dowiedzieć się wszystkiego na temat owej osoby.
- Parę razy bywał w naszym klubie, gdzie uwodził nowych kelnerów, co powodowało zakochanie się, a następnie brutalnie porzucenie. Dzieciaki nie wytrzymywały i popełniały samobójstwa. Głównie powieszenie się, podcięcie żył, wzięcie dużej ilości odurzających prochów. Poderwał kiedyś Minseoka, sądząc chyba, że jego także to złamie. Na szczęście chłopak był przy zdrowych zmysłach i nie dał sobą pomiatać. Demon po tamtym spotkaniu pokazywał się coraz rzadziej, ale wciąż słychać było, że dochodziło do kolejnych śmierci kelnerów, barmanów, hostów z innych klubów. Tak więc Demon ma niezłą historię miłosną na koncie w uśmiercaniu niewinnych, a może i winnych. Zależy jak kto patrzy. – Odezwał się spokojnym głosem Chansung, trzymając w objęciach swojego ukochanego Jinwoona.
Obserwowałem każdego ze współpracowników z niemałym szokiem na buzi. Demon… miłości?
- Kiedy uwiódł Mathiasa? – Przysiadłem przy stoliku, którym akurat się zajmowałem i wpatrywałem się tępo w szefa.
- A ja wiem. Jakieś trzy dniu temu ostatnio Demon tu był. Wczoraj doszło do wypadku… Wow… Szybko się zakochał. – Szef przytulił do siebie swoją miłość i spojrzał uważnie po zebranych. – Nie dajcie mu się. Nie chcę tracić swoich najlepszych pracowników. A teraz kończcie robotę i spadam do domów, wypocząć na jutrzejszy wielki dzień. – Z tymi słowami, chwycił kochanka w pasie i udał się do wyjścia.
Po niecałych piętnastu minutach skończyłem sprzątać to co było gorsze, przebrałem się w swoje codzienne ciuchy i żegnając się z kolegami, opuściłem miejsce pracy, kierując się do domu. Będąc w Polowie drogi, poczułem jakby ktoś mnie obserwował. Przystanąłem i obejrzałem się ostrożnie w tył, ale ku mojej uldze, nie dostrzegłem nikogo. Wznowiłem marsz i tym razem usłyszałem ciche kroki za sobą. Przełknąłem ciężko ślinę i udając, że to tylko wiatr, przyśpieszyłem kroku. Skręciłem za róg i myśląc, że osobnik się odczepił, starałem się uspokoić oddech. Niestety na próżno. Wystraszony, słysząc ponowne kroki, schowałem się za wielkim kontenerem i próbując być cicho, czekałem na najgorsze. Jednak i to nie nastąpiło. Ktokolwiek to był już zniknął. Przeczekałem jeszcze parę minut, ale kompletnie nic nie słysząc, podniosłem się i biegiem poleciałem do domu, nie oglądając się za siebie. Wbiegając do mieszkania, myślałem już tylko o tym by zamknąć porządnie drzwi, wszystkie okna i jak najszybciej zasnąć.
Następnego dnia, ledwo pamiętając co było wczoraj, wybrałem się do pracy. Szef chciał by wszyscy byli godzinę przed rozpoczęciem. Przywitałem się ze wszystkimi, przebrałem w nowy, uprany strój i poszedłem przygotować klub na przybycie gości. Dziś był tak zwany ,,Dzień jednego kochanka’’. Nigdy do końca nie wiedziałem o co chodzi z tym dniem, czemu tak naprawdę on służy, ale najważniejsze było to, że klienci przychodzili w dużej mierze przybici, a wychodzili stąd w skowronkach. Poznawali się bliżej, wynajmowali pokoje, gdzie dochodziło do ekscesów, libacji, a czasem nawet do seksualnych egzekucji. Cóż, co kto woli. Chcesz się odprężyć po stresującym dniu pracy, zapomnieć o codziennych problemach, wyluzować, bądź po prostu bawić? Przyjdź. Drzwi klubu są czynne wtedy dwadzieścia cztery godziny na dobę. Dobra zabawa, jedzenie, arkadia, eden i świat drinków zapraszają. Znajdziesz tu to, czego tak naprawdę szukasz.
,,Black Lagoon’’ to jedyny lokal w mieście, który oferuje najlepszą muzykę, obsługę, jedzenie i oczywiście drinki. To z tego utrzymuje się cały klub. Najlepsi mistrzowie, bariści pracują właśnie tu. Klub ,,Black Lagoon’’ współpracuje z najlepszą restauracją w mieście. Połączyli siły i powstało coś niesamowitego. Najwięksi krytycy są pod wrażeniem jak udało nam się dojść do harmonii, mimo że klub jest dla homoseksualistów, a restauracja dla homo, hetero oraz bi.

- Sześć razy Brandy Elite, Alabama Slammer Classic i Canberry Cooler! – Postawiłem tacę z hukiem – ile było to możliwe – na barze, składając zamówienie od bogatego jegomościa.
- Robi się! – Wystarczyło kilka sekund, a całe zamówienie wylądowało na tacy, bez rozlewania nawet najmniejszej kropli. Wziąłem tacę i ruszyłem do klienta przez zatłoczone pomieszczenie. Porozstawiałem wszystko i skłaniając się, oddaliłem do kolejnego klienta. W drodze poczułem szarpnięcie za ramię i ujrzałem nie kogo innego jak Divę.
- Obsłuż go, a potem dawaj szybko na zaplecze. – Próbując przekrzyczeć muzykę i gości się bawiących, wskazywał na pomieszczenie za barem.
Skinąłem głową i oddaliłem się spełnić zamówienie w postaci aż dwunastu! Sex on the beach, Seabreeze i Zombie.
Wróciłem, powtórzyłem wszystkie czynności i jak najszybciej pomaszerowałem na zaplecze. Wchodząc do środka, zauważyłem szefa, Minseoka, Sehuna i Divę, niezwykle przejętych jakaś rzeczą.
- Co się dzieje? – Spojrzałem na nich uważnie, zaczynając się zastanawiać czy powinienem się bać.
- Nie owijając w bawełnę, w klubie pojawił się Demon z widoczną chrapką na Ciebie. – Sehun odbił się od ściany i podszedł do drzwi, sprawdzając czy nikt nas nie podsłuchuje.
- Skąd wiecie, że to akurat na mnie ma ,,chrapkę’’? – Machnąłem palcami, biorąc ostatnie słowa w cudzysłów i przysiadłem na sofie.
- Gapi się na Ciebie cały wieczór, sugestywnie dając znak, że tego wieczoru jesteś zaklepany,  inni chętni na Ciebie się odsuwają, a żeby było jeszcze zabawniej to cwaniaczek podszedł i bez zbędnych ceregieli wypytywał o Ciebie. – Minseoka rozejrzał się po wszystkich. – Chyba nie tylko mnie się pytał o Ciebie.
- Dodatkowo zamówił pokój… - zaczął cicho Chansung.
- No dokończ to cholerne zdanie! – Jęknąłem zdenerwowany, wykręcając sobie palce.
- … oraz Ciebie. Zamówił najdroższy pokój z bilardem, jacuzzi i sauną. Masz przynieść ze sobą drinki. – Czułem na sobie baczny wzrok szefa i chłopaków. Przełknąłem gulę w gardle i zaprzestałem łamania kości.
- Odmówię mu. Niech ktoś inny pójdzie…
- Nie. Nie może ktoś inny.
- Jak to nie może? – Walnąłem wściekły ręką w oparcie i natychmiast pożałowałem, widząc groźny wzrok szefa.
- Mimo że jest tym kim jest, to jest także bardzo ważnym klientem. Płaci sporą sumę, bierze najdroższe rzeczy, w tym wypadku również pokój… to wszystko nam na dobre wychodzi. Ale jestem osobą, która ma serce i nie chce by jego pracownik cierpiał. Zawsze miałem Cię za porządnego pracownika, rozumnego. Aktualnie nastąpiła sytuacja bez wyjścia. Jeśli nie pójdziesz, bądź wyślemy kogoś innego – przepadniemy. Nieważne jak ciężko będziemy pracować, nieważne gdzie będę próbował się podnieść do pionu wraz z klubem – on zawsze będzie wiedział gdzie uderzyć. – Widziałem ból w oczach szefa. Wszyscy pracownicy wiedzieli ile ten klub dla niego znaczy. Zamienił opuszczone, zapyziałe miejsce w coś żyjącego, rozkwitającego. Interes ruszył pełną parą po znalezieniu odpowiednich pracowników i cieszył się nawet zagraniczną popularnością.
- Pójdę. Nie wiem co się stanie, ale chcę ratować klub. – Wstałem, próbując ogarnąć strój.
- Jesteś pewien?
- Jestem. Nie dam się tak łatwo. – Ruszyłem do wyjścia, gdy zatrzymał mnie jeszcze głos Minseoka.
- Jest jedna rzecz, którą powinieneś wiedzieć. Nie mówiliśmy Ci tego, bo nie byliśmy pewni czy to on.
- Jaka?
- Demon… wy się znacie. I to naprawdę dobrze.
- Czekałem na jakieś lepsze informacje, na przykład jak się nazywa. – Uniosłem brew i wychodząc słyszałem tylko, iż dowiem się wszystkie na miejscu.

- Daj mi wszystko co jest na papierze. – Podsunąłem Leo kartkę z listą drinków.
- Wow… niezłe. Ktoś będzie naprawdę rzygał tęczą. – Zaśmiał się cicho, jednak szybko powrócił do swojego poker face’a. – Zaraz podam.

Przysiadłem na wolnym krześle przy barze, rozmyślając nad osobą, która oczekuje mojego przybycia. Kim jesteś? Czy to prawda, że się znamy? Nie pamiętam nikogo sprzed czasu wypadku. Dopiero po nim poznałem Chena. Byliśmy przyjaciółmi, ale sprawy przybrały dziwny bieg i wszystko zniknęło. Zniknął On. Szukałem go, pytałem wszystkich, wydzwaniałem do jego znajomych, pytając się czy wiedzą o jego aktualnym miejscu zamieszkania. Niestety bez skutku… Zostałem sam, znalazłem przypadkowo pracę, która pokochałem mimo głupich wypadków, porażek. Czy to możesz być Ty?

- Caribbean Queen, Deep Blue Sea, Pina Colada oraz Emerald Heaven. – Proszę bardzo.
- Dzięki. – Zabrałem tacę i ruszyłem w kierunku pokoju #1.

Puk puk.
Zastukałem głośno, starając się by dźwięk dotarł do osoby będącej w środku. Po usłyszeniu cichego ,,proszę’’, wszedłem ostrożnie do środka, zamykając za sobą drzwi i postawiłem tacę z drinkami na stoliku.
- Dawnośmy się nie widzieli Suho. – Wszędzie bym rozpoznał TEN głos. Zagryzłem dolną wargę i zacisnąłem ręce w pięści, próbując powstrzymać się przed rzuceniem na swojego dawnego przyjaciela. – Zmieniłeś się.
- A coś Ty myślał? Że pozostanę taki sam? – Prychnąłem cicho i wolno odwróciłem się w kierunku właściciela drugiego głosu.
- Ani. – Pokręcił głową, biorąc jeden kieliszek i wypijając jego zawartość. – Wręcz przeciwnie. – Uśmiechnął się, podchodząc bliżej i opierając ręce po bokach mojej głowy.
- Czego chcesz? Dlaczego mnie opuściłeś wtedy, kiedy Cię najbardziej potrzebowałem? – Położyłem ręce na jego torsie, próbując go od siebie odepchnąć, ale nie używając wcale siły.
- Musiałem. Zacząłem żywić do Ciebie głębsze uczucia. Głębsze niż do przyjaciela. Trudno mi było się z nimi uporać, dlatego Cię zostawiłem. – Chwycił mój podbródek, podnosząc go do góry, bym spojrzał mu w oczy. Zamknąłem je, nie chcąc go widzieć, ale chcąc rozkoszować się jego dotykiem.
- Nie pomyślałeś, że mógłbym do Ciebie czuć to samo? Aż tak dobry byłem w ukrywaniu tego? – Zaśmiałem się żałośnie i poczułem jak spod powieki wydobywa się samotna łza. – Czy może byłem zbyt dziecinny by…
- Nie. Nic z tych rzeczy. Byłem wpatrzony w siebie, nie patrzyłem na twoje uczucia i potrzeby. Teraz mi głupio.
- Czy to Ty mnie jakiś czas temu śledziłeś? – Chlipnąłem cicho, zaciskając dłonie na jego koszuli.
- Tak. Nie chciałem Cię wystraszyć, ale musiałem się upewnić czy to na pewno Ty. Obserwowałem Cię przez cały czas od tamtego ‘spotkania’. – Czułem jego dłonie na swoich ramionach, szyi i policzkach.
- I-I co masz zamiar teraz zrobić? – Starałem się nie płakać, mieć jasność widzenia. Czułem, że to ważna chwila, nie chciałem jej zepsuć w żaden sposób.
- To, co powinienem zrobić już dawno. – I nie guzdrając się ani minuty dłużej, złożył na moich wargach czuły pocałunek.
 Poczułem jak moje ciało drży pod dotykiem chłopaka. Zacisnąłem jeszcze mocniej, o ile było to możliwe, palce na jego koszuli, przybliżając się bardziej do niego. Niepewny swych ruchów,  począłem odwzajemniać jego pocałunki. Domyślałem się, co może się zaraz wydarzyć, ale nie chciałem o tym myśleć tylko działać. Objąłem go za szyję, na co młodszy chwycił mnie w pasie i nie przerywając czynności, przeniósł na stół do bilardu. Usiadłem wciąż oplatając jego biodra nogami, zdejmując z siebie powoli odzież, aż do momentu gdy zostaliśmy nadzy. Przesunąłem się bardziej na środek stołu, by ustąpić miejsca brązowowłosemu. Składał na całym moim ciele niby to przypadkowe muśnięcia, znacząc ścieżkę od linii szczęki aż do podbrzusza.
- Planowałeś to od dłuższego czasu? – Mruknąłem, czując się nieco skrępowany, gdy chłopak wsuwał w moje ciało palce, chcąc mnie przygotować do dalszej zabawy.
- Dokładnie z każdym szczegółem. Wiem, że może jest mało romantycznie, ale tylko tak mogłem zwrócić Twoją uwagę. Przepraszam za wszystkie niedogodności i przykrości jakie sprawiłem podczas mojej nieobecności. – Słyszałem dźwięk otwieranej butelki żelu, a tuż później chłód i tarcie na wejście. Przyciągnąłem chłopaka do siebie i wpiłem się w jego ciepłe wargi, chcąc jakoś zagłuszyć dźwięk, który wydobyłby się z mojego gardła, gdy młodszy wszedł z determinacją w moje wnętrze. Przejechałem parokrotnie po plecach chłopaka, zapewne zostawiając czerwone pręgi na nich, ale mało się w obecnej chwili tym przejąłem. Liczyła się ta chwila, chwilowy ból, a następnie przyjemność i uczucie dwóch kochających się osób. Ból i niedogodność szybko przerodziły się w przyjemność i swobodę. Chen zaczął powoli poruszać biodrami z każdą chwilą przyśpieszając, chcąc jak najszybciej skończyć i albo rozkoszować się mną, albo powtórzyć rundę. Sapałem i jęczałem cicho, głównie do jego ucha, chcąc tym wyrazić, że tego właśnie mi było trzeba. Mój członek ocierał się o podbrzusze brązowowłosego, dając znak, że niedługo nadejdzie moment kulminacyjny.
Nie czekaliśmy długo. Ciała pobudzone przez drinki i siebie nawzajem zareagowały dość szybko. W momencie szczytowania i osiągnięcia spełnienia poczułem się pierwszy raz od bardzo dawna najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Kochałem się z moją pierwszą miłością. Myślałem, że lepiej być już nie może.
- Nigdy już Cię nie opuszczę.


Obiecuję.

czwartek, 10 października 2013

KaiHo



POV: Suho
Słów: 6 155
Rodzaj: troszkę seksu, delikatny fluff

- Za pięć minut chcę was widzieć na siłowni przebranych i gotowych do ćwiczeń! – Wrzask trenera rozniósł się po korytarzu szkolnym. Dmuchnął parę razy w gwizdek i wrócił do swojej kanciapy grać zapewne w pasjansa.
 Westchnąłem cicho i zamiast ruszyć za swoją grupą, udałem się do jego gniazdka. Zapukałem cicho i po zdenerwowanym ,, proszę ‘’, wślizgnąłem się do środka.
- Czego chcesz Joonmyeon? Kolejne zwolnienie? Nóżki czy rączki tym razem bolą? A może móżdżek? Chory na głowę jesteś chłopie? – Warknął pod moim adresem i zaprzestał nerwowego klikania myszki. Spojrzał na mnie gniewnie, a nie chcąc zdradzić żadnych emocji, zacisnąłem pięść.
- Mam zwolnienie z ciężkich ćwiczeń. Uszkodziłem sobie nadgarstek… - Oczywiście nie dane mi było dokończyć.
- Za dużo lodów się robiło to się teraz cierpi. Ale to nie jest żadne wytłumaczenie! – Walnął pięścią w biurko i łypnął na mnie spod byka.
- Wiem, że chciałby Pan, ale to nie… - Ponownie moje słowa zostały przerwane, lecz tym razem przez skrzypiące drzwi, które ktoś otworzył.
Odwróciłem się w owym kierunku i ujrzałem mojego chłopaka, Jongina. Posłał ledwo widoczny uśmiech w moim kierunku, a następnie całą swą uwagę skupił na trenerze. Bądźmy szczerzy; nie wiem jakim cudem, ale Jongin jest pupilkiem wuefisty. Prócz jeżdżenia na różne turnieje, reprezentowania szkoły jako główny napastnik w piłce nożnej, zdobył przychylność nie jednego, a nawet wszystkich nauczycieli, którzy nas uczą, jak i tych, którzy nie mają z nami nic wspólnego.
- Prze Pana. Nie mogę ćwiczyć, bo nadwyrężyłem sobie nogę… - Jęknął cicho, łapiąc się za kolano, jednocześnie jakby chcąc pokazać, że nie żartuje. – Ale zapomniałem zwolnienia lekarskiego...
- Nie przejmuj się Kai! Posiedzisz w szatni, pouczysz się na kolejną lekcję. Zasłużyłeś na odpoczynek po wczorajszej wygranej! – Trener wstał i wyszedł zza biurka, podchodząc do ciemnowłosego i klepiąc, nie, właściwie to waląc go w plecy. Jongin skrzywił się i jak najzręczniej uciekł z zasięgu wielkich łap mężczyzny. – Idź do szatni.
- A co ze mną? – Odezwałem się cicho, machając ręką i dając znać, że wciąż tu jestem.
- Jak to co? Nie obchodzi mnie Twój nadgarstek, marsz się przebrać! To liceum, a nie przedszkole do cholery! – Zwrócił się ku mnie i zmierzył wzrokiem od stóp do głów.
- Czy Suho mógłby ze mną posiedzieć w szatni? Po wuefach mamy biologię i sprawdzian, a ja jednego z działów nie rozumiem. Suho jest świetny z biologii i chciałbym, by mi wytłumaczył pewne rzeczy. – Spod drzwi rozległ się głos młodszego, a ja w duchu mu podziękowałem.
-  Ach, ach! Nie broń go! Wytłumaczy Ci w czasie przerwy.
- Czyżby Pan zapomniał o słowach Pani Jang? Jeśli nie zaliczę tego sprawdzianu przynajmniej na cztery to mogę się pożegnać na miesiąc, ba! Nawet do końca roku szkolnego z piłką nożną i jakimikolwiek turniejami! – Klasnął w dłonie jak małe dziecko i z głupim uśmieszkiem, patrzył na nerwowe zachowanie trenera Kanga.
- A niech to! Zapomniałem o tej podstępnej babie! Dobra! Suho grzejesz ławę! Ale ani mi się ruszyć z tej szatni, rozumiesz?! – Pogroził mi palcem przed nosem i wygonił nas do przebieralni.
Roześmiałem się wesoło, gdy zamknęły się za nami drzwi od kanciapy trenera i chwyciłem dłoń chłopaka. Odwrócił się w moim kierunku, przypierając mnie do ściany i składając na moich wargach motyli pocałunek. Oczywiście odwzajemniłem go, ale szybko odepchnąłem od siebie ciemnowłosego, nie chcąc zostać przyłapanym.
Kroki zaniosły nas do szatni, z której wychodziła cała grupa; zwarta i gotowa… w mniejszej części gotowa - do wycisku. Odczekaliśmy te parę minut na dzwonek, który ślamazarnie zadzwonił po niecałych dziesięciu minutach. Rozłożyliśmy materac, który podpierał samotnie ścianę i położyliśmy się na nim. Użyłem ramienia Jongina jako poduszki i mruknąłem cicho pod nosem.
- Naprawdę coś Ci się stało w nogę? – Spojrzałem na niego z boku i zsunąłem rękę z jego brzuszka do nogi, który była ponoć chora.
- Pewnie, że nie. Po prostu nie chciało mi się ćwiczyć. – Położył się na boku, twarzą w moim kierunku i musnął swymi ciepłymi wargami moje czoło. Przymknąłem oczy, rozkoszując się nawet najmniejszym dotykiem z jego strony. – Suho…
- Hm…? – Mruknąłem cicho i wtuliłem się w niego bardziej, rękę tym razem kierując w kierunku jego krocza.
- Jesteśmy sami… resztę dokończymy u mnie, co Ty na to? – Pochwycił płatek mojego ucha między swoje kły i zagryzł je lekko, powodując, że z mojego gardła wydobył się cichy jęk. Przycisnąłem rękę do jego krocza, masując twardniejącą męskość przez materiał spodni.
- Znowu masz chcicę.
- Nie przeszkadza Ci to.
- Za dobrze mnie znasz.
- Nie prawda. Wciąż Cię poznaję.
- W sumie racja, ale nikt nas tu nie przyłapie? Co jak któryś tu przylezie? Albo co gorsza trener? – Wsunąłem rękę za materiał jego spodni, jak i bokserek, przejeżdżając palcami po całej długości jego przyrodzenia.
- Powiem grzecznie: Możesz patrzeć, ale nie dotykać. – Roześmiał się i położył na plecach, chwilę później podpierając się na przedramionach. – Ale proszę przejdź od razu do rzeczy. W domu pobawimy się w kotka i myszkę.
Podniosłem się niechętnie, woląc raczej pozostać w pozycji leżącej, ale jak potrzeba to trzeba ją załatwić. Bez niepotrzebnych wstępnych gierek, zsunąłem mu spodnie wraz z bielizną i od razu pochwyciłem w swoje ręce jego przyrodzenie, wprawiając je w monotonny ruch poruszania. Schyliłem się i językiem zacząłem zataczać kółka na czubku główki, od czasu do czasu wwiercając język w dziurkę i wywołując drgania ciała chłopaka. Często to robił zamiast jęczenia, ale wciąż wiedziałem, że mu się to podoba.
- Z-zaczekaj…
- Hę? – Podniosłem głowę i spojrzałem na niego głupkowato.
- Nie może być tak, że tylko Ty mnie zaspokajasz. Daj tu swoje nogi. – Poklepał miejsce obok siebie, a ja dopiero po chwili skojarzyłem o co mu chodzi.
Ułożyliśmy się w pozycji 69 na boku i teraz każdy każdego zaspokajał. Pieściłem rękoma i językiem jego penisa, od czasu do czasu używając zębów do podroczenia się. Nie zdziwiłem się, gdy Jongin po prostu kopiował moje ruchy jak ninja. On to miał lepiej. Potrafił tłumić te cholerne jęki, a jak już to cicho je wydawał, a ja? Zaciskałem mocno ręce, nie zdając sobie sprawy, że zadaję ból ukochanemu. Cóż… ręce wciąż były na jego przyrodzeniu. Ale do wesela się zagoi.
Zacząłem ściskać jego jądra, nie pozwalając by sobie odpoczywały i przyśpieszyłem ruchy każdej kończyny, zaciskając oczy, by nie zajęczeć na całe pomieszczenie w momencie szczytowania. Zsynchronizowaliśmy się i osiągnęliśmy spełnienie razem. Przełknęliśmy to co mogliśmy i oboje się skrzywiliśmy z powodu słonawego posmaku nasienia. Odruchem było roześmianie się i przypieczętowanie wszystkiego czułym pocałunkiem.
Ubraliśmy się i posprzątaliśmy po sobie, otworzyliśmy okno, by szatnia się wywietrzyła, a słysząc dzwonek, opuściliśmy pomieszczenie, będąc cali w skowronkach i maszerując na biologię.
- Jednego tylko nie rozumiem. – Rozejrzałem się dookoła i skupiłem swoją uwagę na Jonginie.
- Czego? – Mruknął ciemnowłosy, opierając się o ścianę.
- Skąd trener wiedział od czego boli mnie nadgarstek? – Podrapałem się po karku, w momencie kiedy przechodził obok nas obiekt rozmów. Rzucił nam przelotne spojrzenie i szybko zniknął za zakrętem. Odwróciłem się w kierunku młodszego, który wciągał mnie za plecak do sali. Nim się rozdzieliliśmy, usłyszałem na odchodnym tylko jedno:
- On zawsze nas podgląda.

czwartek, 19 września 2013

[REKLAMA]


Witam drogich odwiedzających, jak i czytelników. Chciałam Was zaprosić na mojego drugiego bloga, gdzie powstaje powoli wieloczęściowe KrisHo. Jest to po prostu oddzielny blog. Na tym wciąż jestem i wciąż coś tam w magazynie się tworzy, także niedługo coś tu dodam :3 A tymczasem zapraszam chętnych: 

poniedziałek, 9 września 2013

~ Zamówienie dla Anonima ~

PIKNIK

Rating: PG-13
Rodzaj: fluff
Pairing: SeKai [Sehun x Kai]
Ilość: 5 300
POV: Sehun

Wparowałem do dormu cały rozradowany, pędem poleciałem do kuchni, po drodze zahaczając o salon, w którym był jedynie Suho z D.O. oglądający jakąś telenowelę w TV. Uspokoiłem rytm bicia serca i już spokojniej dotarłem do swojego celu. Podszedłem do stołu, na którym stał kosz piknikowy, uprzednio przygotowany w połowie przez siebie samego jak i z pomocą Ummy. Wstałem wcześnie rano i poprosiłem Kyungsoo by ten nauczył mnie robić jakieś podstawowe dania. Cóż… powiedzmy, że na kucharza to mam marne szanse. Jakakolwiek próba zrobienia dania wymagającego odrobiny umiejętności kończyła się na suficie, podłodze lub małym pożarem na palniku.
Szczęśliwie udało się jednak upiec pizzę i pięknie ją zapakować tak by jeszcze nie miała prawa wystygnąć, przyrządzić sałatkę arbuzowo-brzoskwiniową, naleśniki z truskawkami i różnego rodzaju słodycze kupione w pobliskim sklepie wśród których były kwaśne żelki – ulubione Jongina.
Właśnie – Jongin. Dla niego się tak starałem. Ten dzień planowałem z dwutygodniowym wyprzedzeniem. Przez ostatnie parę dni nie spałem dobrze, a można nawet rzecz, że nie spałem wcale. Zamartwiałem się jak to wszystko się potoczy, czy chłopak odwzajemni moje uczucia, czy mnie odepchnie i nie będzie chciał mieć ze mną więcej do czynienia? Chociaż i tak nie miałby wyjścia na fanmeetingach, koncertach czy występach. Ale na osobności nie miałby chęci pewnie ze mną przebywać. Gardziłby mną, dokuczałby, a co gorsza… Nie, nie chciałem nawet o tym myśleć.
- Annyeong Sehun-ah! O czym tak rozmyślasz? – Zawołał rozradowany Baekhyun, patrząc na mnie zmartwionym wzrokiem.
- A..ah. O tym czym się uda. – Mruknąłem cicho i raz jeszcze zajrzałem do gotowego kosza, sprawdzając czy oby wszystko na pewno w nim jest, włącznie z kocem.
- Yah! Nie martw się! Wszystko się uda, fajnie to zaplanowałeś! Nie może się nie udać. – Poczułem jego wypielęgnowaną dłoń na swym ramieniu, czując, że chce dodać mi otuchy.
- Właśnie, właśnie. Nie może się nie udać. Nie ma w ogóle takie słowa. – Rzekł Chanyeol wchodzący do kuchni z jakby lekko naćpanym uśmiechem na buzi. – Poza tym chyba jesteście na dobrej drodze skoro o pierwszej w nocy słychać z waszego pokoju jakieś podejrzliwe jęki. – Wyszczerzył się do mnie, na co moje policzki spłonęły żywym ogniem.
- Mgfbhcdw… - Zakryłem buzię dłońmi i spojrzałem zawstydzony w podłogę, chcąc zapaść się w miarę możliwości pod ziemię.
- Hę? Czy my o czymś nie wiemy? – Zapytał z ciekawością przekraczający próg Suho, a za nim czający się Kyungsoo.
- No bo zawsze jak wstaję w nocy do łazienki i przechodzę koło pokoju Jongina i Sehuna to słychać odgłosy jakby się… - Dopadłem go w ostatniej chwili i zasłoniłem mu buzię ręką, drugą zaś dźgając go boleśnie w żebro.
- To Jongin po prostu wydaje z siebie dziwne odgłosy. Od czasu do czasu śnią mu się dziwne rzeczy…
- Sehun-ah, wszyscy dobrze wiemy, że dziwne dźwięki przez sen wydaje Luhan, ewentualnie Baekhyun, ale ten to tylko przed zaśnięciem. – Stwierdził dotąd milczący Kyungsoo.
- Agrh! Czy ja jestem na jakiejś głupiej spowiedzi, że mam wam się tłumaczyć?! Idę stąd, bo zaraz na własną randkę się spóźnię! – Jęknąłem, chwytając kosz i szybkim krokiem próbując wydostać się z tego domu wariatów.
- Ekhm… Sehun-ah… - Odwróciłem się na dźwięk głosu Szczeniaczka EXO-K i już chciałem coś powiedzieć, lecz ten kontynuował. – Pójdziesz tam w spoconym stroju po treningu?
- M…Mwo? – Spojrzałem na niego zbity z tropu, po chwili jednak patrząc na siebie i swój strój w lustrze. Pacnąłem się ręką w czoło, zostawiając na przedpokoju kosz i czym prędzej popędziłem do pokoju po świeże ciuchy oraz do łazienki po zimny prysznic. Ubrałem białą koszulę, niebieskie krótkie spodenki i białe mokasyny. Poprawiłem blond czuprynę, umyłem zęby i udałem się do wyjścia.
Nad rzekę Han dotarłem 40 minut później. Przyszykowałem wszystko tak by wyszło perfekcyjne o ile to możliwe. Na wzniesieniu rozłożyłem koc, a kosz z jedzeniem i picie postawiłem kącie koca. Spojrzałem na zegarek i niecierpliwie czekałem na partnera.

Jakiś czas później...

- Sehun-ah! Sehun-ah! Obudź się! – otworzyłem gwałtownie oczy i zamrugałem parę razy. Nade mną nachylał się roześmiany Jongin. Dosłownie brakowało paru centymetrów by nasze usta się zetknęły i bym mógł poczuć miękkość jego warg i ich smak.
- Co się stało? – Podniosłem się, gdy tylko chłopak odsunął się, siadając na swoich piętach.
- Zasnąłeś. W sumie to aż szkoda mi było Cię budzić. Wiesz jaki jesteś rozkoszny? – Zaśmiał się, a na moich policzkach pojawiły się niechciane rumieńce.
- Zasnąłem? Którą mamy godzinę? – Wyjąłem z kieszeni szortów telefon, a widząc która jest godzina, aż zrzedła mi mina. – Nie, nie, nie! – Zacząłem trząść głową i powtarzać jedno słowo jak mantrę. – To nie tak miało być, to nie tak miało być. – Skierowałem swój wzrok na kosz z nadzieją, że jeszcze choć połowa planu się uda, lecz widząc jego zawartość, a raczej jej brak, wpadłem w panikę.
Poczułem na ramieniu ciepłą dłoń, bardzo dobrze mi znaną i odwróciłem się w kierunku jej właściciela ze spuszczoną głową.
- Cóż.. wątpię byś Ty sam to wszystko zjadł cokolwiek tam było, więc stawiam, że to wina szopów. – Czułem jego ręce na swojej buzi, gdy podnosił ją w górę.
- Szopów? O czym Ty mówisz? To nie tak miało być.. – Jęknąłem w momencie, gdy Jongin odwrócił mnie w kierunku pobliskich krzaków, w których szopy urządziły sobie ucztę z dań, które przygotowałem dla chłopaka. – Co.. – Już chciałem wyrwać w ich kierunku, ale ponownie powstrzymała mnie ciepła dłoń, chwytając za nadgarstek.
- Nie żartuj Sehun-ah. Naprawdę chcesz bić się ze zwierzętami? – Odgarnął mi kosmyk włosów z oczu i spojrzał głęboko w czeluści źrenic.
- Czemu nie?! Zniszczyły to, co zaplanowałem! Już nie zdążę.. – zrezygnowany mówiłem takim głosem, czując że jestem bliski łez.
- Cokolwiek zaplanowałeś – dziękuję. Jeszcze nikt się dla mnie tyle nie postarał, nie zrobił samodzielnie jedzenia i nie przygotował wspaniałego wieczoru. Dziękuję. Dziękuję, że pamiętałeś o naszym wspólnym roku bycia ze sobą.. – I nie czekając na żadną wypowiedź, zbliżył się do mnie, kładąc swoje ręce na mojej talii i składając czuły pocałunek na moich wargach. W momencie zetknięcia się naszych warg, usłyszeliśmy potężne huki, które okazały się być fajerwerkami.


A jednak się udało..

POWRÓT

Cześć i czołem! Mam dla was ważne informacje, o ile jeszcze ktoś tu zagląda! Wiem, że baaardzo dawno nic tu nie dodawałam, wszystko s...