sobota, 1 lutego 2014

MANDARYNKI


Rating: G
Pairing: Krysber [Krystal x Amber]
Rodzaj: fluff, one-shot
Ilość: 5 699
POV: Krystal

Od dzieciństwa uwielbiałam jeść mandarynki. Były moim pocieszeniem na wszelakie smutki, nagrodą za wykonanie dobrego uczynku i jednocześnie ogromną radością. Udawałam, że jestem żonglerką. Wieczorami urządzałam rodzinie specjalny pokaz żonglowania właśnie mandarynkami. Nieważne od humoru, zawsze się ze mnie śmiali, gdy tylko próbowałam cokolwiek wykombinować z nimi.
Moi dziadkowie mieli ogromny sad. Gdy tylko nadchodziła pora zbiorów, pierwszorzędnie zgłaszałam swoją kandydaturę do pomocy. Nieważne było ile czasu trzeba stać i zbierać, przekładać ze skrzyni do skrzyni, poświęcić na to czasu. Raz nawet rozłożyłam namiot w sadzie i koczowałam na sezon zbiorów, byle by tylko jako pierwsza mogła skosztować tych delikatesów. Robiliśmy dżemy, konfitury, soki i inne specjały. Każdy posiłek zawierał choć mały kawałek mandarynki. Bo bez mandarynki dzień był dla mnie stracony. Uzależnienie od mandarynek przetrwało aż do teraz.
Siedziałam w dormie na fotelu, z miską mandarynek na kolanach i oglądałam dramę. Dostałyśmy tydzień wolnego, więc Luna, Victoria i Sulli pojechały do swoich rodzin. Amber nie widziałam od rana, pewnie poszła się spotkać z przyjaciółmi, bądź z rodziną choć o tym nie wspominała. Podskakiwałam za każdym razem, kiedy na ekranie przewijał się jeden z lepszych momentów. Cóż… W końcu znalazłam czas, by nadrobić odcinki Spadkobierców. Co innego grać w dramie, a co innego ją oglądać. W Internecie, czytając komentarze fanów dramy, zaciekawił mnie temat o serialowej siostrze WooBina. Jaka to niby suka, wredna zołza, ale potrafi mieć swoje urocze strony. Cóż… jako fanka dram i normalny człowiek również nie podobała mi się jej postać. Tylko by ją ukatrupić…
Tak się skupiłam na serialu, że nie zorientowałam się, iż ktoś oprócz mnie był w salonie. Dopiero się ocknęłam, gdy ktoś przełączył kanał.
- Yah! Właśnie oglądałam! – Spojrzałam w kierunku kanapy i ujrzałam swoją partnerkę. – Amber, daj tam. Chcę wiedzieć co będzie dalej! – Jęknęłam rozżalona i wyciągnęłam dłoń w jej kierunku, próbując jakoś wyrwać jej pilota.
- Nie ma mowy. – Pokazała mi język i odsunęła się spoza zasięgu mojej dłoni.
- No daj mi, proooszę. – Zrobiłam w jej kierunku maślane oczka i chwyciłam kawałek mandarynki, wsuwając go między wargi. – Płoszę…
- Nie, póki nie zjesz czegoś normalnego. Wiem, że mandarynki są twoją owocową miłością, ale musisz jeść coś prócz nich. Wiesz ile cukru zawierają? – Roześmiała się, przełączając z powrotem na Spadkobierców i podniosła się, idąc w moim kierunku.
Stanęła naprzeciw mnie, skutecznie zasłaniając mi widok. Wychyliłam się na obie strony, by zobaczyć pocałunek Chan Younga i Bo Ny. Zmarszczyłam brwi, patrząc złowrogo na Amber i odwróciłam głowę w bok, udając obrażoną księżniczkę. W jednej chwili dziewczyna wyrwała z moich rąk miskę z moimi rarytasami, a w drugiej już siedziała na moich kolanach, buzią zwróconą ku mojej. Poczułam jej delikatnie dłonie na swoich policzkach, które obróciły moją głowę, bym spojrzała na blondynkę. Uśmiechnęła się wesoło i zbliżyła swoją twarz do mojej.
- Pachniesz nimi. To urocze. – Skierowała wzrok na moje wargi i poczułam jak przejeżdża parokrotnie kciukiem po nich. – Mięciutkie.
- Mówiłam Ci, że jak zjesz więcej niż dwie, to soki sprawią, że będą mięciutkie. To znacznie lepszy sposób niż pomadka. – Zaśmiałam się cichutko pod nosem i chwyciłam Amber za kołnierzyk bladoniebieskiej koszuli. Dzięki temu przyciągnęłam ją bliżej siebie, tak że niemal stykałyśmy się wargami. – Na co czekasz?
- Na oklaski. – Nie mówiąc nic więcej, złożyła na moich wargach delikatny pocałunek.
Blondwłosa dziewczyna usadowiła się wygodniej na moich kolanach, ręce zsunęła na szyję i barki, delikatnie kreśląc nieznane mi wzory na nich. Całowała delikatnie, leniwie, bez żadnego pośpiechu, jakby wiedziała czego aktualnie potrzebuję. Nie pozostawałam bierna. Odwzajemniałam powoli jej czułe pocałunki, wiedząc, że nikt nas nie nakryje. Drama przestała się liczyć, zapomniałam co właściwie chciałam tam zobaczyć. Liczyło się to, co było teraz. Musiałam przyznać, że była lepsza od Minhyuka… Oczywiście, on nigdy się o tym nie dowie.
Poczułam jak chwyta moją dolną wargę, ostrożnie i jednocześnie leniwie się ze mną drażniąc. Muskała, bawiła i rozpraszała mnie. Wyznaczała pocałunkami drogę ku mojej szyi. Doskonale wiedziała, że ten punkt był moją słabością. Zahaczyła palcami o sweter, delikatnie go odciągając na bok. Pod nim miałam jedynie stanik. Chyba przewidziałam co się stanie. Odchyliłam głowę w drugą stronę, dając Amber lepszy dostęp. Co z tego, że zawsze się starałam, by jak najmniej mnie tam dotykała. I tak nigdy to nie pomagało. Zawsze znajdowała sposób, by choć trochę mnie zasmakować, pozostawić po sobie jakiś ślad. Nawet teraz, czułam jej wargi muskające moją krtań, schodzące w dół i całujące obojczyki…
- Uwielbiam Twoje obojczyki. – Mruknęła cicho, nim zassała się na nich, by pozostawić po sobie bladoróżową malinkę. Skierowała się ku zagłębieniu szyi, by również na niej złożyć pocałunek i zostawić ślad. Zassała się dłużej niż na obojczykach, co znaczyło, że malinka będzie bardziej widoczna. Objęłam rękoma jej szyję, przyciągając jeszcze bliżej siebie. Koniuszkiem języka zataczała kręgi po pozostawieniu swoich znaczków. Powoli, językiem znacząc ścieżkę, wróciła do warg. Chwyciła za dolną wargę, by móc ją pociągnąć w swoich kierunku i delikatnie podgryźć. Mruknęłam cicho na tę pieszczotę i wplotłam palce w jej piękne włoski, delikatnie ciągnąc za parę kosmyków. Wiedziała, że to mnie drażni, dlatego sprawiało jej to przeogromną radość.
Odsunęła się na moment, by chwycić kawałek mandarynki. Wsunęła sobie między wargi, a ja nie czekając, zbliżyłam się do niej i chwyciłam drugi koniec owocu. Ugryzłam i musnęłam przy okazji wargi dziewczyny, która z cichym pomrukiem odwzajemniła pocałunek.
- Dasz i w końcu dokończyć dramę? – Odsunęłam się od niech na chwilę, by spojrzeć jej przez ramię na ekran telewizora.
- Zgoda, ale pod jednym warunkiem. – Chwyciła mandarynkę i wsunęła ją sobie do buzi.
- Hmm?
- Jak będą jakiekolwiek ujęcia z czułościami między głównymi bohaterami i pobocznymi, szczególnie twoją postacią i Minhyuka… To masz mnie pocałować. – Uśmiechnęła się wrednie, wstając ze mnie i zabierając miskę z rarytasami, przeniosła się na kanapę. Poklepała miejsce obok, więc nie czekając na dalsze wskazówki, przeniosłam swoje cztery literki na posłanie obok.
Usiadłam wygodnie i już po chwili, poczułam głowę Amber na swoich kolanach. Leżała patrząc na mnie i uśmiechając się pod wpływem szczęścia.
- Zgoda. – Akurat w momencie, gdy wypowiadałam te słowa, na ekranie główni bohaterowie zdążyli się przytulić. Nie chcąc wyjść na oszustkę, pochyliłam się jak tylko mogłam i musnęłam słodkie, jednocześnie miękkie wargi ukochanej.

sobota, 25 stycznia 2014

LIEBSTER AWARD


Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za ,,dobrze wykonaną robotę”. Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował.

Zostałam "podwójnie" nominowana do Liebster Award za co naprawdę bardzo dziękuję~!


Mam nadzieję, że nie przeszkadza nikomu, że całą nominację wypisałam o tutaj: Let's play a Game ~
ROCZNICA


Rating: NC-13
Pairing: XiuChen [Xiumin x Chen]
Rodzaj: one-shot, fluff
Ilość: 7 624
POV: Chen

Wszedłem po cichu do pokoju, ostrożnie zamykając drzwi nogą. Podszedłem do łóżka, na którym spał, owinięty kocem, Xiumin. Uśmiechnąłem się, widząc rozczochrane rudawe włoski, roześmianą buźkę i zarumienione policzki. Zjechałem wzrokiem wzdłuż ciała starszego, czując jak z każdą chwilą mój uśmiech się poszerza. Zatrzymałem spojrzenie na wpół odsłoniętym, nagim brzuszku i oblizałem dolną wargę. Odstawiłem tacę ze śniadaniem na stolik i jak najciszej, jednocześnie jak najdelikatniej usadowiłem się na biodrach chłopaka. Ręce ostrożnie wsunąłem pod materiał koszulki i zacząłem przejeżdżać palcami wzdłuż jego boków. Doskonale wiedziałem, że są to czułe punkty Minseoka. Jeszcze chwila, a będzie się zwijał pode mną ze śmiechu.
Nie przerywając czynności, obserwowałem uważnie mimikę twarzy partnera; początkowo na jego buzi gościł błogi spokój, lecz chwilę później zaczął marszczyć czoło, otwierać i zamykać usta jakby próbował coś powiedzieć. Roześmiałem się i wyczuwając, że starszy zaczyna się budzić, pochyliłem się w jego kierunku, łącząc nasze usta w czułym pocałunku. Zabrałem ręce z jego ciała i skierowałem je na jego policzki. Oderwałem się od jego ust, kciukami zaczynając pocierać jego dolną wargę.
- Hyung, obudź się. Zrobiłem śniadanie. Zjedz póki ciepłe.
W odpowiedzi dostałem jedynie mruknięcie i próbę zrzucenia z siebie. Próbował się przekręcić na bok, ale mój ciężar skutecznie mu to utrudniał.
- Hyuuung, obudź się. Zrobiłem wesołe tosty!
Obserwowałem jak powoli unosi powieki, dając swoi oczom możliwość dojrzenia mojej osoby.
- Co masz na myśli mówiąc wesołe tosty? Podpaliłeś biednemu Dyo kuchnię?
- Humpf! No wiesz! Tym razem byłem grzeczny, niczego nie spaliłem, a nawet lepiej, bo posprzątałem po sobie! Powinieneś być dumny…
- Ależ jestem, lecz wciąż nie wiem co miałeś na myśli, mówiąc o wesołych tostach… - Podniósł się w trybie natychmiastowym i spojrzał na mnie wystraszony. – Tylko mi nie mów, że poćwiartowałeś Chanyeola, zmiksowałeś jego kawałki i nadziałeś masą tosty…
Spojrzałem na niego sceptycznie i uniosłem brew.
- Świetny pomysł, ale nie. Wykroiłem środek, by był w kształcie głowy, oczka i usta. I tak oto powstały wesołe tosty. Koniec bajki.
Zanim z niego wstałem pochyliłem się ostatni raz w jego kierunku i złożyłem na bladoróżowych wargach motyli pocałunek. Uśmiechnąłem się, widząc, że chłopak coraz bardziej się rozbudzał. Podszedłem do stolika, na którym zostawiłem tacę ze śniadaniem i wróciłem do kochanka, tym razem sadowiąc się obok niego, a tacę kładąc tuż przed nim.
- Teraz zjedz grzecznie, umyj się i ubierz, a jak będziesz gotowy, zejdź na dół.
Obdarzyłem go czułym uśmiechem i opuściłem pokój, pozostawiając zdziwionego chłopaka w środku.
Nie minęło nawet trzydzieści minut, gdy usłyszałem – będąc w spiżarni – odgłos zbiegania ze schodów. Wyszedłem z pomieszczenia, gasząc światło i zamykając za sobą drzwi. Udałem się na przedpokój, gdzie znalazłem Minseoka ubranego w czarne jeansy, waniliowy sweter i tego samego koloru skarpetki. Roześmiałem się cicho pod nosem i wziąłem beżowy szalik z komody, który chwilę później wylądował na szyi starszego.
- Ubieraj się Minnie, wychodzimy.
- Hę? Dokąd?
- To niespodzianka. – Mrugnąłem do niego, czując jak na moich ustach pojawia się rozbawiony uśmiech. Doskonale wiedziałem, że rudowłosy nienawidzi niespodzianek i zasypie mnie zaraz lawiną pytań.
- Yah, Jongdae! Natychmiast masz mi powiedzieć!
- Jak się wygadam to z niespodzianki nici.
- Ale nie wrzucisz mnie pod koła ciężarówki, nie zaprowadzisz do masarni i nie przerobisz na mięso do hamburgerów? – Spojrzał na mnie z widoczną obawą w oczach i cofnął się parę kroków w tył, aż natrafił plecami na ścianę.
Wykorzystałem tę sytuację, zmniejszając dzielącą nas odległość i opierając ręce po bokach jego głowy.
- Jeśli za chwilę się nie ubierzesz, nie przestaniesz wypytywać i   nie przestaniesz gadać jakichś bzdur prawdopodobnie żywcem wyjętych z wczorajszego filmu, to skorzystam z którejś propozycji. – Wyszeptałem te słowa do ucha chłopaka, licząc na pozytywny odbiór.
Nim się obejrzałem, Minseok stał całkowicie ubrany do wyjścia na dwór. Pokręciłem z rozbawieniem głową i sam odziałem ciepłe ubranie na swoje ciało.
Wyszliśmy, łapiąc taksówkę i jadąc w zaplanowanym przeze mnie kierunku. Dotarliśmy na miejsce po niecałej godzinie. Nie sądziłem, że tyle na to zajmie. Niestety ktoś postanowił dostarczyć służbom policyjnym, jak i sanitarnym dodatkowej pracy i stworzyć karambol w centrum, złożony z pięciu samochodów i tira. Z tego co można było zobaczyć, nie było ofiar śmiertelnych, lecz było sporo rannych. No cóż, na głupotę ludzką nic się nie poradzi. Mogli obejrzeć telewizję czy posłuchać radia i dowiedzieć się, że jest bardzo ślisko na drogach…
Wsiedliśmy do kolejki, która zabrała nas na Namsan Tower. Wjeżdżając powoli na wieżę, wyjęliśmy telefony, robiąc sobie i wspaniałym widokom miasta, zdjęcia. Dojechaliśmy po piętnastu minutach, gdzie dookoła panował ruch i gwar. Widocznie wiele osób postanowiło sobie umilić dzisiejszy dzień, mimo mrozu i spędzić go przyjemnie na zachwycaniu się pięknem miasta. Skierowaliśmy się z Minseokiem w kierunku sklepiku, w którym sprzedawali naprawdę dobrą gorącą czekoladę. Ustawiliśmy się spokojnie w kolejce, a gdy przyszła nasza kolej, zamówiliśmy i zapłaciliśmy, życząc sprzedawczyni dobrego dnia.
- Mm… Jaka cudowna. Chyba pierwszy raz w życiu piję tak przepyszną czekoladę… - Spojrzałem na rozmarzonego, jednocześnie uszczęśliwionego partnera i uśmiechnąłem się w duszy, ciesząc się, że mu się podoba. Miałem jedynie nadzieję, że cały plan wypali. Cóż… Musi, nie ma wyjścia, gdyż już w połowie się sprawdził.
- Chodźmy do środka. – Po dopiciu ostatnich paru łyków, wyrzuciłem papierowy kubek do pobliskiego kosza i skierowałem swe kroki do pomieszczenia. Po paru minutach dołączył starszy i wspólnie ruszyliśmy do jednego z dwóch głównych punktów dzisiejszego dnia.
Chwyciłem go za rękę i pociągnąłem w kierunku sklepiku z różnymi rzeczami.
- Co my tu… - Obróciłem się w stronę rudowłosego i zaczekałem cierpliwie, aż szok minie.
Znajdowaliśmy się w sklepiku pełnym kłódek, kłódeczek, kluczyków do kompletu, różnych gadżetów związanych z Namsan Tower. Właściciele porządnie zadbali o sklepik, wspaniałomyślnie i prawidłowo połączyli kolorystkę ścian, mebli i akcesoriów. Wszystko poukładali według kolorów tęczy, daty ważności, przydatności itp.
Poprowadziłem starszego w głąb pomieszczenia, dając tym samym znać, że musimy którąś z nich kupić. Oglądaliśmy każda po kolei, braliśmy do rąk i sprawdzaliśmy czy pasuje do nas. Po niecałych dziesięciu minutach znaleźliśmy kłódkę, która obojgu nam się spodobała: nie za duża, nie za mała, w czarno-białe paski z niewielkim czerwonym serduszkiem na środku. Do kompletu dołączony był klucz w kształcie serca. Uciekłem do kasy, by jak najszybciej ją kupić i spełnić kolejne wymogi planu. Wróciłem do chłopaka, siadając tuż obok niego na wysoki stołku.
- To co napiszemy? – Spojrzał na mnie jakby w oczekiwaniu, że coś wymyślę. – EXO tu było?
- Nie głupku. Nie ma reszty zespołu, jesteśmy tylko my, więc to musi być coś o nas… Chcesz pisać?
- Nie, bo nie wiem co. Napisz ty, później zobaczę.
Wzruszyłem ramionami, zastanawiając się czy lepiej już być nie może. Zasłoniłem kłódkę ręką na znak odgrodzenia się, by nie podglądał. Napisałem to co chciałem, w miarę czytelnie, o ile pozwalało na to moje pismo i schowałem gadżet do kieszeni kurtki.
Chwyciłem chłopaka ponownie za rękę i kierując się do windy, pojechaliśmy na drugi z najgłówniejszych, i najważniejszych punktów dzisiejszego dnia.
Chodziliśmy przy barierkach, szukając najdogodniejszego miejsca dla naszego skarbu. Dopiero po paru minutach szukania udało się znaleźć całkiem przyzwoite. Wyciągnąłem kłódkę, przypinając ją do barierki i sprawdzając czy nie spadnie. Na mojej buzi ukazał się wyrazisty, dumny uśmiech. Odsunąłem się, by ukochany mógł dojrzeć wiadomość.
- Coś ty tam… O matko święta! Pamiętałeś… a ja zapomniałem… Ale idiota za mnie… - Pacnął się ręką w czoło, miętosząc w dłoniach kłódeczkę.
Chwyciłem go za ramionami i obróciłem przodem do siebie tylko po to, by złożyć na jego bladoróżowych wargach czuły pocałunek. Włożyłem w niego całą swoją miłość do ukochanego, chcąc pokazać jak bardzo mi na nim zależy, jak wielkim uczuciem go darzę, że nie wyobrażam sobie życia bez niego. Poczułem jego ręce na swojej szyi, delikatnie i powoli ją gładzącą. Do moich uszu dobiegł cichy, przyjemny pomruk, wydobywający się z gardła starszego. Oderwaliśmy się od siebie dopiero wtedy, kiedy usłyszeliśmy ogrom oklasków. Rozejrzeliśmy się dookoła, widząc grupkę gapiów, stojących i bijących nam brawo. Zaśmialiśmy się obaj, kiwając głowami i starając się, bądź raczej modląc, by zajęli się już swoimi sprawami, a nie nam przeszkadzali.
Pobyliśmy na wieży jeszcze parę minut, obdarzyliśmy się paroma pocałunkami, po czym zebraliśmy się i udaliśmy z powrotem do domu, zostawiając dowód naszej miłości wśród innych.


20/01/2014
Wszystkiego najlepszego z okazji naszej pierwszej rocznicy. Razem. Na zawsze i na wieczność. M & J


niedziela, 12 stycznia 2014

OGŁOSZENIE PARAFIALNE #FOUR

Przedstawiam wam listę fanficów, które pojawią się w najbliższym czasie:

1.      Krysber [Krystal x Amber]
2.    XiuChen [Xiumin x Chen]
3.    Jimope [Jimin x J-hope]
4.    GokuYama [Gokudera x Yamamoto]
5.    AkiMasa [Akihiro x Masahiro chapter II]
6.    Taoris [Tao x Kris chapter II]

piątek, 27 grudnia 2013

~ ZAMÓWIENIE DLA G. ~

NO.1 x NO.2

ALL I WANT FOR CHRISTMAS IS YOU


Rating: PG-13
Pairing: Taoris
Rodzaj: one-shot, angst, fluff
Ilość: 13 103
POV: Tao

Siedziałem na parapecie i obserwowałem jak za oknami zaczyna któryś raz z rzędu prószyć delikatny śnieg, na dzieci bawiące się i tworzące aniołki ze śniegu, na młodych ludzi, którzy szczęśliwi i pełni trosk nie przejmowali się ani pracą, ani większymi przygotowaniami do zbliżającej się Wigilii czy nawet wyborem prezentu dla ukochanej osoby.
Siedziałem i rozmyślałem nad swym marnym losem. Z powodu porannej burzy śnieżnej odwołano wszystkie loty do Pekinu, skąd miał mnie odebrać tata. Utknąłem w Korei Południowej z zespołem (nie to bym narzekał), ale… Właśnie. Pojawiało się to niefortunne ,,ale’’. Tu nie chodziło o przygotowanie potraw, przyniesienie do domu choinki i ubranie jej, przygotowanie stołu, krzeseł, nakryć i innych rzeczy. Tu nie chodziło już nawet o to, że nie spędzę świąt z rodziną; z mamą, która piecze najlepsze pierniczki na świecie, z tatą, z którym każdego roku (nieważne, że jestem już za duży na to) przystrajam choinkę i wieszam gwiazdę na czubku, z dziadkami, z którymi śpiewam kolędy i droczę się na temat prezentów: czy byłem dobrym chłopcem, czy też nie. Nie, to nie o to chodziło. Chodziło o to, że darzyłem głębokim uczuciem lidera EXO-M, który praktycznie nie zauważał moich starań o swoje względy. Cały czas, bez przerwy przebywał w towarzystwie Yixinga – cholernego jednorożca, który nic nie robił tylko udawał, że leczy ludzi. Kkk. Dobre sobie. Chyba nikt go nie uświadomił, że życie to nie bajka tylko okrutna, nienawidząca Cię rzeczywistość.
Siedziałem, opierając czoło o zimną szybę i rozmyślałem o samotnych świętach. Niby nie powinienem tak myśleć. Bo jak nie Kris to przecież miałem przyjaciół. Ale oni to nie to samo co pierwsza miłość. Nie to samo…
- A więc tu jesteś! – Moje rozmyślania przerwał czyjś okrzyk i ciche wkroczenie do zaciemnionego pomieszczenia, oświetlonego jedynie tarczą już wschodzącego Księżyca, a dokładniej jego blaskiem próbującym wedrzeć się głębiej do pokoju mojego i menadżera.
- Uhm.
- Chodź na dół. Wszystko już przyszykowane, prezenty złożone, potrawy na stole. Wszyscy czekamy już tylko na Ciebie.
- Naprawdę muszę schodzić? – Jęknąłem zrozpaczony i spojrzałem na przybysza, którego rozpoznałem już po samym zatroskaniu się o moją osobę.
- Stało się coś? – Joonmyeon podszedł bliżej i położył mi dłoń na czole, chcąc chyba sprawdzić czy nie mam przypadkiem gorączki.
- Trochę źle się czuję… Ale to nic poważnego.
- Skoro to nic poważnego to jazda na dół bez dyskusji. Jeszcze rano byłeś zdrów jak ryba, a teraz niby coś Ci dolega? – Prychnął cicho i chwycił mnie za nadgarstek, wyciągając z pokoju i ciągnąc na dół do ludzi.
Westchnąłem cicho, stojąc i przypatrując się pozostałym. Każdy ubrany odświętnie z jakimś świątecznym gadżetem na sobie typu rogi renifera, czapka Mikołaja, dzwoneczki na szyi (prawie jak u krowy…), z uśmiechem przyklejonym do twarzy i iskierkami w oczach. Wszyscy szczęśliwi i pełni radości, przygotowanych do śpiewania kolęd i dzielenia się opłatkiem. Najgorszą z rzeczy możliwych. Wszyscy, wszyscy, wszyscy… Wszyscy, oprócz mnie.
Taka bida stojąca samotnie w kącie, ubrana jedynie w czarne spodnie, białą koszulę i skarpetki ze wzorkiem reniferów, ciągnących sanie Świętego. Taka sierota, która nie może spędzić tego wspaniałego czasu w gronie rodziny tylko z zespołem, który ma na co dzień. Takie jedno niewiadomo-co przypominające wyrośniętą pandę z wielkimi worami pod oczami (nie, tym razem nie zwalamy winy na wygląd pandy). Takie jedno, wielkie nieszczęście samotnie stąpające po cienkim gruncie. Takie…
- Tao! Zitao, ocknij się! – Zamrugałem parokrotnie, wracając do rzeczywistości i dając znać Xiuminowi hyungowi, że wszystko dobrze. – Weź opłatek.
- Uhm. – Bez niepotrzebnych słów, wziąłem go posłusznie, czując narastające zdenerwowanie. Przez cały czas patrzyłem w podłogę; wzrok unosiłem tylko wtedy, kiedy ktoś do mnie podchodził i składał mi życzenia. Stresowałem się tym co zaraz nadejdzie. Jeszcze tylko Smok został.
Kątem oka obserwowałem jak kończy składać życzenia Jednorożcowi i to był błąd. Obserwowanie jak radośnie się do siebie uśmiechają, przytulają i szepczą sobie na ucho bolało. Sprawiało, że czułem nieprzyjemne ukłucia w okolicy serca, wzrastające zdenerwowanie i zbierające się łzy w kącikach oczu. Przełknąłem ślinę, czując narastającą gulę z gardle. Nie chciałem już dłużej na to patrzeć. Nie mogłem i pobiegłem pędem na górę, wymijając zdziwionych kolegów i cieplutko gruchających kochanków. Chciałem jak najszybciej znaleźć się sam w pokoju.
Wbiegłem do środka, zatrzaskując za sobą drzwi i dopadając lustra. Uniosłem głowę i sam siebie nie poznałem; rozczochrane blond włosy, ciemne cienie pod oczami (wcale a wcale nie przypominające tych, które mają pandy), przekrwione oczy, które nie wytrzymały i z każdą sekundą stawały się wilgotniejsze, słone krople łez ściekające po pobladłej cerze i poniekąd zakrwawione wargi od ciągłego ich męczenia zębami.
Nie mogłem już wytrzymać. Miałem serdecznie dość siebie, niespełnionej miłości, wszystkich śmiechów, chichów, czułości, współczucia. Miałem naprawdę dość wszystkiego. Przetarłem ręką zmęczone oczy i spojrzałem raz jeszcze w lustro. Bo czemu mam się katować widokiem zakochanych gołąbków? Czemu to ja muszę zawsze cierpieć? Nie chcę już cierpieć. Chcę poczuć wolność. Nie chcę żyć, życząc komuś śmierci, nie chcę widzieć szczęścia innych osób, nie chcę cholernych komentarzy, że jak zwykle jestem sam. Nie chcę… się znać.
Pod wpływem wszystkich tych myśli skumulowanych w głowie, zdenerwowania, stresu, zagryzłem kołnierz koszuli i z całej siły uderzyłem pięścią w tarczę lustra, powodując, że ta roztrzaskała się na kawałki, tym samym zadając sobie ból. Odpadające kawałeczki trafiały idealnie w rękę. Uniosłem odrobinę głowę, przymknąłem oczy, czekając, że może któryś z kawałków zlituje się i trafi w pięknie odsłoniętą szyję, kierując się do tętnicy; rozetnie ją i pozbawi mnie beznadziejnego życia.
Czekałem i czekałem, ale nic takiego się nie stało. Przełknąłem ślinę, starając się stłumić falę gwałtownego szlochu. Otworzyłem oczy, ale przez chwilę nic nie widziałem. Obraz całkowicie rozmyty… Może tak ma być? Zamrugałem parę razy, chcąc chociaż trochę zobaczyć szkody jakiej narobiłem. Dookoła mnie leżało roztrzaskane na kawałki szkło. Nie myśląc ani chwili dłużej, chwyciłem jeden z nich (najostrzej wykończony) i przystawiłem sobie do ręki, chcąc sobie podciąć żyły.
- Przepraszam… przepraszam… - Przepraszałem na głos, chcąc sobie choć trochę ulżyć. Czułem potworny ciężar na sercu, ledwo byłem w stanie mówić. Słyszałem swój szept, tak, to chyba był szept.
Nacisnąłem leniwie ostrzem na żyłę i pociągnąłem nim powoli po skórze. Widząc sączącą się wolnym strumykiem krew, przymknąłem oczy, licząc ile trzeba cięć by szybciej ze sobą skończyć.
Dopiero po paru minutach odczułem jak słabnę. Usiadłem na tyłku, czując, że dłużej nie dam rady siedzieć w klęczkach. Oparłem się plecami o łóżko i uchyliłem powoli powieki, sprawdzając swoje dzieło. Naliczyłem około piętnastu cięć, z których leniwie płynęła ciemnoczerwona ciecz. Uśmiechnąłem się i podniosłem ostrze na wysokość oczu.
- A może powinienem sobie wydłubać tym oczy? Byłbym ślepy… - Ale wciąż nieszczęśliwy - podpowiedział mi jakiś głosik w umyśle. – Nah… w sumie racja.
Przymknąłem ponownie oczy, przystawiając sobie szkło do tętnicy. Nabrałem parę razy głębszych (o ile stan, w jakim się znajdowałem mi na to pozwalał) oddechów.
- Przepraszam, że Cię kocham Gege… - I nie czekając ani sekundy dłużej, powoli kierowałem ostrze na tętnice. Już czułem lepki (umazany w krwi) czub na skórze, gdy nagle coś, bądź ktoś wyszarpał mi szkło z ręki. Jęknąłem ledwo przytomnie i po omacku szukałem dłonią innego kawałka. Nie obchodziło mnie kto mnie powstrzymał. Chciałem po prostu szybciej ze sobą skończyć. Chciałem…
- Co Ty wyprawiasz idioto?! – Mruknąłem cicho, słysząc czyjś znany, lecz jakby odległy głos. Przecież tyle razy go słyszałem, więc dlaczego nie mogłem rozpoznać do kogo należał? – Otwórz oczy Zitao! Otwórz oczy! Tao do cholery!
Usłyszałem osobę trzecią, która niosła w naszym kierunku miskę z… wodą? Usłyszałem nieprzyjemny dźwięk rozdzieranego materiału, a chwilę później zimny dotyk owego materiału na ręce. Chyba ktoś chciał zatamować krwawienie.
- Głupku! Otwórz te cholerne oczy! Proszę! Nie takiego prezentu oczekiwałem na święta! – Słyszałem rozpacz w dobrze znajomym mi głosie, ale wciąż nie potrafiłem stwierdzić do kogo należał. Joonmyeon? Kyungsoo? Xiumin? Nie… To nie ich głos…
 Kolejną chwilę później (po zatamowaniu krwawienia i dziwnym trafem sprzątnięciu rozbitego szkła) poczułem coś mokrego, jednocześnie chłodnego tuż przy wargach. Nie wiem co to było, ale kazali mi pić. Przez wciąż utrzymującą się gulę w gardle ciężko mi to szło, ale udało się przywrócić mojemu wycieńczonemu organizmowi odpowiednią ilość nawodnienia.
- Joonmyeon proszę, zostaw nas samych.
- N-Na pewno?
- Na pewno. Poradzę sobie.
Dźwięk cicho zamykanych drzwi. Czyjeś sapnięcie i odgłos przemieszczania się. W tym samym momencie poczułem jak ktoś usadawia się między moimi nogami, opierając ręce na moich lekko ugiętych kolanach. Dotyk przenoszący się wzdłuż tułowia, jakby badając czy nie ma innych ran, następnie ramiona, aż w końcu dotyk czyichś ciepłych, dużych dłoni na policzkach.
- Otwórz oczy Pando. Proszę.
- Zostaw mnie. Nie chcę Cię widzieć! Idź sobie…
- Nie pójdę, póki nie powiesz mi co się dzieje.
- …
- Tao, proszę.
- …
- Zitao. Martwię się.
- … O mnie się martwisz? Wracaj lepiej do swojego chłoptasia! Po co się przejmujesz takim bezwartościowym śmieciem jak ja?
- O czy Ty mówisz?
 Zagryzłem wargę, starając się nie rozpłakać, a szczególnie nie przy liderze. Zacisnąłem mocniej powieki i odczekałem parę minut, mając nadzieję, że starszy da sobie spokój i go zostawi. Minęło dziesięć minut, piętnaście, dwadzieścia, może nawet półgodziny, a Wu Fan ani be, ani me, ani kukuryku. Jak siedział, tak siedzi. I się na mnie gapi – dopowiedziałem sobie w myślach.
- Ponawiam pytanie: O czym Ty do mnie mówisz?
- Ugh! – Otworzyłem powoli oczy, ukazując niedoszłej miłości jak bardzo przez niego cierpię. Mrugałem kilkakrotnie, starając się powstrzymać napływające łzy. Poruszyłem zranioną ręką i o dziwo nie odczułem bólu, jakiego oczekiwałem. Zacisnąłem obie dłonie w pięści, by chwilę później je rozluźnić. – Zabierz. Te. Ręce.
- Nie.
Zacisnąłem ponownie dłonie w pięści i zacząłem okładać nimi klatkę piersiową Wu Fana. Poczułem jak zbiera się we mnie gniew, że wpadł w nieodpowiedniej chwili, że śmiał mi przerwać mój rytuał. Biłem go tak mocno, jak tylko byłem w stanie i na ile pozwalała mi pocięta dłoń. Nie wytrzymałem i zacząłem płakać, wyrzucając z siebie wszystko to, co mi leżało na sercu.
- Wracaj do swojego Yixinga, który myśli, że życie to bajeczka dla dzieci, że wszystkie chwyty dozwolone, że myśli, że ma prawo ranić inne osoby. Mam dość Ciebie i całego świata! Mam dość, że musiałem tu zostać przez tą cholerną zamieć śnieżną, że nie pozwoliła mi spędzić tych świąt z rodziną! Mam dość, że muszę oglądać codziennie twoją facjatę nad wyraz szczęśliwą, kiedy tylko uda Ci się dotknąć i spotkać z Jednorożcem! Mam dość siebie, że nie potrafię do Ciebie po prostu podejść i powiedzieć jak bardzo mi na Tobie zależy! Nienawidzę tego wstrętnego uczucia, kiedy widzę Ciebie i Jednorożca razem! Nienawidzę się za to wszystko! Nienawidzę, nienawidzę! Chcę umrzeć! Cały świat jest przeciw mnie! Jak umrę to wszyscy będą mieli ode mnie spokój, będą szczęśliwsi, każdy będzie mógł być z tym kim chce! Nienawidzę świąt, dzielenia się opłatkiem, nienawidzę wszystkiego co ludzkie, nie cierpię tego świata! Wiesz jaką ulgę czułem, gdy zadawałem sobie ból?! W końcu mogłem się odprężyć! W końcu mogłem sobie ulżyć, w końcu… w końcu mogłem być szczęśliwy…
Podczas wyżalania się, co mi leży na sercu, w pewnym momencie przestałem okładać chłopaka pięściami. Zamiast tego ściskałem, a dokładniej wpijałem się palcami w jego ramiona. Przeniosłem wzrok na jego twarz i szczerze… to aż mnie zatkało. Wu Fan był w niemałym szoku po tym co przed chwilą usłyszał. Siedział i wpatrywał się w moje oczy. Nie poruszał się, nie wydał także żadnego dźwięku. Jedynie co świadczyło o tym, że żyje była spokojnie unosząca się klatka piersiowa i drgający podbródek. Wytarłem oczy rękawem koszuli i spuściłem wzrok ponownie na jego klatkę piersiową.
- Proszę… powiedz coś. Nie chcę byś milczał. Powiedz nawet to, że mnie teraz nienawidzisz… Po prostu… Odezwij się… - Jęknąłem wręcz błagalnie, chcąc jakoś obudzić go z dziwnego transu. Siedziałem i czekałem, lecz zamiast słów usłyszałem parsknięcie. – Yah! Co Cię tak bawi Gege?!
- Ty głupolu! Znaczy, z jednej strony mnie to bawi, a z drugiej smuci. Po prostu nie mogę zrozumieć jak mogłeś myśleć, że mnie i Yixinga coś łączy? Znaczy tak… coś nas łączy, a tym czymś jest tylko przyjaźń. Nie kocham go, bo mam kogoś innego na oku. Poza tym, Lay ma Suho. Cieszy mnie to, co powiedziałeś. Wiem już co Ci leży na serduszku, wiem gdzie popełniłem błąd i uwierz mi, czuję się z tym okropnie. Nigdy nie zamierzałem Cię zranić, nie chciałem być płakał, a tym bardziej nie chciałem byś odbierał sobie życie! Nie jesteś kotem, który ma siedem czy tam dziewięć żyć. Jesteś człowiekiem, który ma jedno, najcenniejsze życie; takie które miewa wzloty i upadki, przyjemniejsze i gorsze chwile. Masz takie życie, któremu zazdrości każde dziecko, które nie jest w stanie dożyć tyle co Ty. Życie jest zbyt krótkie na rozpacze i rozterki, zbyt krótkie… Jest tyle rzeczy do zrobienia, któryś jeszcze nie robiłeś, a chciałbyś spróbować.
- Nhmpf. Niby co takiego?
- Na przykład chciałbyś się do mnie przytulić, poczuć moją miłość, ciepło ode mnie bijące. Chciałbyś czuć jak przeczesuję swoimi palcami po kosmykach Twych włosów, jak składam pocałunki na Twej buźce, a szczególnie na…
- Nie kończ! N-Nie kończ, proszę.
- Spójrz na mnie Tao.
Pociągnąłem nosem i powoli uniosłem głowę do góry, napotykając tym samym baczne spojrzenie Krisa. Podchwycił moje spojrzenie i uśmiechnął się, nachylając w moim kierunku i składając na mym czole delikatny pocałunek. Zadrżałem pod jego dotykiem i zacisnąłem mocno powieki, sądząc, że teraz to sen a nie jawa.
- Dla-Dlaczego więc wydawałeś się taki spoufalony z Jednorożcem? – Wyszeptałem cicho, czując wyraźną ulgę, że gula powoli zanika.
- Szukałem dla Ciebie odpowiedniego prezentu. Nie chciałem Ci kupować jakichś gadżetów z pandą, czy toreb firmy Gucci. Chciałem czegoś oryginalnego, a on był jedyną osobą, która nie myślała o zabawkach z sex-shopu czy innych dziwactwach.
- Ja… Ja nie mam nic dla Ciebie… - Szepnąłem zrozpaczony i poczułem jak do moich oczu ponownie napływają łzy.
- Ejejejej! Nie płacz! Nie kupiłem Ci nic. Znalazłem inny sposób na to. Może będzie trochę oklepany i pewnie nie w moim stylu, ale to będzie prezent od serca.
- Jaki? – Spojrzałem na niego z zaciekawieniem i przesunąłem ręce na kołnierz jego koszuli pobrudzonej moją krwią.
Obserwowałem jak Kris podsuwa się bliżej, przesuwa jedną rękę na moją szyję, a drugą na podbródek i chwilę później poczułem jego ciepłe wargi na swoich. Nie śpieszył się, całował delikatnie, oczekując chyba wzajemnej współpracy. Uspokoiłem się i przyciągając go bliżej do siebie za kołnierz, zacząłem odwzajemniać jego pocałunki, z każdą chwilą starając się wpasować w jego rytm. Całowaliśmy się niekrótko i niedługo, ale tak, że zabrakło nam powietrza. W sumie to mi nie przeszkadzało. Póki miałem go obok siebie (a raczej przed sobą), mogłem nawet zginąć bez tlenu. Spojrzałem na niego, uśmiechając się szczerze pierwszy raz od chyba miesiąca i próbowałem uspokoić oddech.
- Gege…
- All I want for Christmas is you.

poniedziałek, 23 grudnia 2013

ŚWIĄTECZNE PORZĄDKI


Pairing: BangLo
Rodzaj: fluff, one-shot
Ilość: 3 451
POV: Zelo

Święta – okres, w którym wszyscy są do siebie przyjaźnie nastawieni. W domu panuje rodzinna atmosfera, nikt sobie nie zachodzi za skórę, każdy dba o dobro drugiego człowieka, odkładając nieproszone ,,ja’’ na bok. Trwają przygotowania do tego czasu, wszyscy sprzątają, gotują, pieką, pomagają sobie nawzajem, a kochane wytwórnie dają swoim podopiecznym wolne na przystrojenie dormu, by było wspaniale, kolorowo i wyglądało, jakby ktoś to wyjął z bajki… Czyżby to była prawda?

- Ale Hyung! – Jęknąłem rozżalony, ciągnąc lidera za nogawkę spodni.
- Co Hyung? Co Hyung? Nie pójdziesz na Wigilię do wytwórni, póki nie posprzątasz swojego pokoju. – Trzymałem kurczowo jego nogawkę, nie dając się oderwać, nawet jak zaczął potrząsać nogą. – Puść mnie do jasnej ciasnej!
- Zelo przestań się wygłupiać! Im szybciej to zrobisz, tym prędzej będziesz miał spokój i więcej wolnego na przygotowanie się. – Przeniosłem zapłakany wzrok na JongUp’a i jęknąłem cicho, czując jak ktoś mną szarpie.
Wiedząc, że nikt nie będzie dalej słuchał moich jęków i skarg, podniosłem się powoli z pomocą Youngjae i powlokłem nogami do łazienki, pogadać z własnym odbiciem, które jako jedynie mnie wysłucha i pocieszy.
- Tylko nie gadaj sam ze sobą! Czas to pieniądz! – Krzyknął za mną główny tancerz i chwilę później mogłem usłyszeć parę, niezbyt groźnych przekleństw pod adresem Himchana. – Za co to?!
- Za niewinność. A teraz chodź do samochodu~
Przesiedziałem w łazience około piętnastu minut, kłócąc się sam ze sobą o rację hyungów. Podrapałem się po głowie, zaciskając mocno oczy i westchnąłem zrezygnowany, patrząc na kubeł pełen wody. Może rzeczywiście powinienem się wziąć? Im dłużej będę to odkładał, tym bardziej nie będzie mi się chciało… Nie czekając ani chwili, chwyciłem ścierki i kubeł, i powędrowałem do swojego pokoju.
Ledwo przekroczyłem próg, gdy moim przytomnym oczom ukazał się istny chaos. Nie wiedziałem, że aż tak źle to wygląda. Mogli wcześniej powiedzieć. Jęknąłem po raz kolejny dzisiejszego dnia i zacząłem przedzierać się przez stertę pudełek po chińszczyźnie, pizz, ubrań i innych, mało zachęcających rzeczy. Podszedłem do wieży stereo, by włączyć muzykę i jakoś umilić sobie sprzątanie. Przecież mi tego nie zabronili. Uśmiechnąłem się pod nosem i z miną męczennika zacząłem świąteczne porządki własnego azylu.
Po godzinie – swoją drogą nie sądziłem, że tyle mi to zajmie – aż sam się zdziwiłem jak ten pokój mógł wyglądać, gdybym tylko o niego dbał. Hej! Nawet podłogę było widać! Nie wiedziałem, że mam dywan… W każdym bądź razie pokój był czysty; pościel była zmieniona, okna, podłogi umyte, dywan odkurzony – wciąż mnie dziwi, że mam dywan! – kurze wytarte, ubrania poskładane i pochowane do szafy, maskotka tygrysa uprana i pachnąca tropikalnym lasem. Zostało jeszcze tylko ustawienie gigantycznego pudła z mniej istotnymi rzeczami na szafie. Zabrałem wszystkie kubły, ścierki, brudne pranie do łazienki i wróciłem do pokoju, siłować się z pudłem. Nie wkładałem wielu rzeczy do niego, więc jakim cudem jest to tak cholernie ciężkie? Stanąłem na palcach, chcąc je wsunąć głębiej – już prawie-prawie było, gdy nagle rozległ się czyjś wrzask i poczułem czyjeś ręce tulące moją głowę do czegoś ciepłego i miękkiego. Skulony spojrzałem na bohatera, który patrzył na mnie ni to zezłoszczony, ni to zmartwiony.
- Nic Ci nie jest? Oberwałeś gdzieś? Głupku, uważaj następnym razem! – Roześmiałem się i wyprostowałem, patrząc na przestraszonego lidera.
- Przepraszam Hyung. Chciałem postawił pudło na szafce, by nie spadło i tak jakoś wyszło, że się wyślizgnęło.
- Ciekawe czemu… Jak tyleż tego napakował to co się dziwisz?
- Przepraszam… - Skuliłem się raz jeszcze, opierając plecami o szafę i spojrzałem na własne stopy, odziane w skarpetki ze wzorkiem reniferów.
- Głupi… Nie przepraszaj. Najważniejsze, że nic nie jest mojemu kochanemu Maknae. – Poczułem delikatny dotyk palców lidera na swym podbródku, a chwilę później czuły dotyk jego warg na swoich. Przymknąłem oczy i kącikami ust, uśmiechnąłem się, obejmując szyję Guka.
- Ne, Hyung.
- Hm?
- Saranghaeyo~
OGŁOSZENIA PARAFIALNE #3

Przepraszam, że dawno nic tu nie dodawałam, ale miałam problemy szkolne i prywatne + brak czasu. Mam zaległe zamówienie, które (na pewno!) pojawi się w tym tygodniu. J

Prócz tego życzę Wam wesołych i spokojnych świąt, mnóstwa prezentów, gadżetów związanych z Azją, pięknych wspomnień z tegorocznych świąt i przyjemnej atmosfery rodzinnej~

Wolny czas, więc oczekujcie paru ficzków:

~ Taoris dla G.
~ BangLo
~ XiuChen
~ II rozdział Loży Szyderców
~ II rozdział Tak wiele pytań – Tak mało odpowiedzi
~ Gokudera x Yamamoto


AZJATYCKICH & WESOŁYCH ŚWIĄT J !

POWRÓT

Cześć i czołem! Mam dla was ważne informacje, o ile jeszcze ktoś tu zagląda! Wiem, że baaardzo dawno nic tu nie dodawałam, wszystko s...